Bezpieczeństwo na drodze przede wszystkim!

W końcu wydostaliśmy się ze śmierdzącej oazy. Słońce paliło w karki, ale przecież chyba lepsze to niż kąpiel w gównie. Kierowaliśmy się na północ, najlepiej za Marrakesz, otrzymując w międzyczasie podwózkę od kolejnego serdecznego Marokańczyka, którego nowym powołaniem była rola przewodnika (bynajmniej nie za pieniądze). Pośrodku niczego był w stanie wskazać nam kozy chodzące po drzewach, kozy rodzące, drzewka migdałowe i oliwne, czy specjalne, stare berberyjskie zbiorniki, których celem było gromadzenie wody głównie dla zwierząt gospodarskich. Dzięki jego uprzejmości ten upalny dzień nie okazał się wcale aż tak upalny. Podczas pożegnania kierowca wyglądał na bardzo zmartwionego naszym dalszym losem, więc postawił noc w hotelu i zadbał o to, byśmy nie byli głodni. Sprawdziła się teoria, że może i ludzie, którzy żyją z turystyki będą chcieli oskubać innych z piórek, ale za to reszta jak do rany przyłóż: podwiozą, pogadają i jeszcze posiłek zaoferują. A to przecież nie pierwszy i nie ostatni taki przypadek! Wspólna fotka i czas się rozstać :-)




Berberyjskie zbiorniki na wodę

Nasz wybawca



Noc z Tafraoutu została odespana. Obudziliśmy się grubo po 11, więc po szybkiej ‘kąpieli’ w hotelowej umywalce wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta i lokalnego souku w Inezagne. Wszystkie uliczki wyglądały identycznie, więc zgubienie się w ich labiryncie i gąszczu ludzi naprawdę nie było trudne. Ten souk był raczej miejscem dla mieszkańców, nie było na nim nic turystycznego, jednak jeden sprzedawca nawet pokusił się o targowanie za kawałek szmatki. 
Cóż, jeśli byliście kiedykolwiek na Dworcu Świebodzkim we Wrocławiu w niedzielę, to jest to dobra zapowiedź tego, co działo się w Inezgane. Smar, mydło i powidło w najczystszej postaci: ciuchy, elektronika, sprzęty domowe, pościele, żywe zwierzęta, kurniki obok fryzjerów, brakowało sprzedaży obornika obok kosmetyczki. Nic nie przebiło jednak gastronomii w wydaniu Marokańczyków, która to znajdowała się na szarym końcu targowiska i wszelkie normy, przepisy BHP mogły się schować, naprawdę. Syfiasta buda z panem, który nie wiedział co to rękawiczki. Obok tej budy walające się śmieci, a za stołek do siedzenia robiły oblepione tłuszczem skrzynki po napojach. Madzia Gessler miałaby co robić. Nie mniej jednak, jedzenie było nie do podrobienia. Po raz kolejny raczyliśmy się chlebkami z mięskiem i szklaneczką fanty za jedyne 1-2zł od łebka. Na innym stoisku pan wyciskał soki z cytryny i trzciny cukrowej – słodka śmierć :P Uprzedzam pytania, nasze żołądki i tyłki nie cierpiały potem z tego powodu ;) I odradzam kupowania baterii ze stoisk mocno nasłonecznionych, bo najprawdopodobniej w ogóle nie zadziałają. Ot, taki nasz nieogar ;)



Uraczony herbatą i koktajlem :)

Nasza 'knajpa'
Souk

Polska lata 80-te ;)

Najsmaczniejsze ślimaki jakie jadłam

Dostanie się na wylotówkę do Marrakeszu zajęło nam sporo czasu, a i zaczęliśmy powątpiewać, czy jest sens łapać dalej, czy może lepiej jednak przenocować w krzakach.

Raz KOZIE śmierć.

Próbujemy, choć nastroje nie były najlepsze, a każdy mijający nas samochód tylko bardziej pogarszał sprawę, ale w końcu…. Jest! Oto ona, nasza pierwsza ciężarówka na marokańskiej ziemi. Ciekawość nas zżerała, więc bez namysłu decydujemy się na transport. Powitało nas dwóch panów, z czego jeden nawet umiał francuski, drugi okazał się po prostu sympatyczną niemową, może od czasu do czasu zdecydował się powiedzieć coś po arabsku. Na pierwszy rzut oka tylko wnętrze odbiegało od standardów europejskich, bo Marokańczycy generalnie lubią wszystko ozdabiać dywanikami i frędzelkami. Jak dla mnie to urocze, robiło się tak jakby przytulniej, ale jestem babą, więc wiecie ;)

Przed nami długa droga, bo jakieś 3h, więc panowie zadbali, by poprawić nam nastroje. Można powiedzieć, że od samego początku podróży do jej końca ciężarówka była w dymie, ale nie papierosowym (if you know what I mean). Nie wiem, czy zdobyłabym się na odwagę wsiąść z nimi, gdybym wiedziała, że palą jak stare smoki. Co więcej nie tylko dojechaliśmy szczęśliwie do celu, ale również byliśmy gośćmi na marokańskiej dyskotece. Kierowca upalony z oczami jak Chińczyk uraczył nas arabską muzyką na zmianę z europejskimi hiciorami, włączył rozmieszczone w całej ciężarówce kolorowe lampki, które migotały i brakowało jeszcze tego, żeby pozwolił Dawidowi kierować, ale na szczęście to się nie stało. W tym stanie błogości tylko ja nie uczestniczyłam, raczyłam się co najwyżej zapachem, ale kierowca najwyraźniej miał dużą potrzebę znalezienia mi zajęcia, więc wykręcił numer do jednej ze swoich czterech żon i tak po prostu miałam sobie poplotkować. Kochany on!

Zaczyna się robić śmiesznie ;)
Ciężarówka jakoś jedzie, nastroje przednie, szczerze mówiąc nie wiem, czy byliśmy widoczni dla innych kierowców, ale byłoby nudno, gdyby marokańska policja nie chciała zrobić kontroli. Samochód staje, ja trochę sztywna i nic się nie odzywam. Już nawet jestem gotowa jechać z tymi szaleńcami dalej, byle nie nocować na pustkowiu, czy w jakimś areszcie. A przypominam, że cztery osoby w ciężarówce to zdecydowanie za dużo i można za to zwinąć karę.



Nasz ucieszony Marokańczyk, który stał się Chińczykiem nie przestraszył się jednak. Dzielny jak lew wyciągnął dokumenty, wsadził między nie banknot i ucieszony przekazuje policjantowi. Niespełna 5 minut później po prostu ruszamy dalej… Tak się załatwia sprawę w Maroku. Czterech pasażerów, trzech upalonych, mała widoczność drogi podejrzewam, a do tego niezapięte pasy- no bezpieczeństwo na najwyższym poziomie!

Abstrahując już od mało odpowiedzialnego podejścia, znów byliśmy świadkami ich gościnności, pozytywnego nastawienia i chęci niesienia pomocy. Nie pisałam o tym wcześniej, ale również i w tym przypadku poczęstowano nas ciepłym posiłkiem i sokami, więc brzuchy nie miały powodów do narzekań.

Pozdrawiamy panów z ciężarówki i polecamy wszystkim autostopowiczom ten rodzaj transportu! :D


Czytaj dalej...

Uroki Tafraoutu, czyli jak szybko prysnęła bańka mydlana.

Zapewne kojarzycie z filmów czy też z bajek dość oklepaną scenę ciężkiej, wykańczającej wręcz wędrówki przez pustynię, gdzie żar leje się z nieba, a sami poszkodowani zdążyli wykorzystać wszystkie zapasy picia i mimo modlitw, nie mogą znaleźć kawałka cienia, nie mówiąc już o źródle wody. Nagle, pośrodku niczego, wyrasta z podziemi oaza. Wybawienie dla zmęczonych i odwodnionych podróżników, których życie okazuje się być uzależnione od tych kilku łyków wody z źródełka, a cień niesiony przez palmę ratuje ich przed udarem słonecznym. I kiedy już jesteśmy spokojni o ich los, okazuje się, że to były tylko przywidzenia, a oaza tak jak wyrosła z podziemi, tak samo szybko wyparowała. Resztę historii dopowiedzcie sobie sami, zostawiam to waszej bujnej wyobraźni ;-)

Kontynuujemy naszą podróż na północ Maroka i lądujemy w Tafraout, miejscowości, która swoim położeniem i trochę architekturą przypomina czasy Flinstonów. Miasteczko w środku gór. Nazywam to tak, ponieważ było z każdej strony otoczone górkami, góreczkami najrozmaitszej wielkości i szerokości. Jednym z najpiękniejszych widoków był właśnie wschód słońca na polu campingowym, gdzie skały zaczynały nabierać koloru, począwszy od brązowego do mocno pomarańczowego, w miarę jak słońce pojawiało się na horyzoncie.






Chłód poranka nie trwał zbyt długo. Za to upał męczył do późnych godzin wieczornych. Możliwe, że to przez to miejsce, ale próby wydostania się z miasta na piechotę były dla nas bardzo uciążliwe. Litr wody został wypity na dzień dobry, odzialiśmy się w wygodne, przepuszczające powietrze ciuchy, a tu nadal żyć nie można. Wiele zostało jeszcze do zwiedzenia, więc przedłużanie pobytu tutaj nie wchodziło w grę, do czasu aż Dawid znalazł TO. TO, czego było nam potrzeba  w ten cholerny, gorący, duszący wręcz dzień.

Oaza. Tak, oaza! Kto by pomyślał, że na wyjeździe z miasta znajduje się źródełko wody, otoczone zieloną roślinnością i wysokimi palmami, i nikt z miejscowych nie przychodzi tu się orzeźwić, poleżeć, wychillować… Dosłownie żywego ducha, tylko my i woda, i cień, i szum wiatru.

Brzmi jak z bajki i nie bójcie się, nie wyskoczę z tym, że to jednak nieprawda, bo przyśniło mi się to dzień wcześniej. Takich numerów nie robię.

Wejście do raju

Rajskie widoki


Czas obiadu :)



To wszystko było prawdziwe. Widoki piękne, woda nawet czysta, rybki sobie pływają. No raj, prawda? Kto by tak nie pomyślał? Czas dla ciała, czas dla duszy. Można się wyciszyć, pomyśleć, dziennik spisać. Ja kulturalnie zamoczyłam nóżki, nie wskakiwałam do wody, żeby nie gorszyć miejscowych, gdyż sama oaza daleko od głównej drogi do i z miasta nie była. Dawid za to nie widział przeciwwskazań, zrzucił z siebie cały balast i wskoczył do wody, żeby jak najszybciej poczuć to miłe uczucie chłodu.

Smacznie wyglądający owoc z drzewa arganowego :-)


Wiecie, to brzmi jak z bajki i naprawdę takie było do czasu, aż nasze nosy zaczęły wyczuwać dość nieprzyjemną woń, a za żadne skarby nie mogliśmy zlokalizować, co tak naprawdę wali. Upewniłam się, że nasze plecaki są suche, niezabrudzone. Sprawdziłam, czy to może ja w coś wdepnęłam. No nie. Żebyście widzieli nasze miny, a może i przede wszystkim Dawida, który tak radośnie się pluska w wodzie, próbuje nakręcić kawałek materiału i zamiast rybki, widzi obok siebie dryfujący, brązowy klocek…

Oaza była, niewymyślona. Jednak z dwojga złego nie wiem, czy ta klockowa wiedza była mi do szczęścia potrzebna, czy może wolałabym, żeby po prostu był to sen lub przywidzenie. Był to kolejny dowód na to, że Marokańczycy nie pieprzą się w tańcu. Śmieci wyrzucają gdzie popadnie i kupy też lecą gdzie popadnie. Przestroga dla was moi drodzy, nie wszystko co owinięte w ładny papierek jest cukierkiem :P






 
Być jak Flinstonowie!
Czytaj dalej...

Kulinarne podróże...

Po raz kolejny odpuszczam historię na rzecz kontynuowania wątku kulinarnego. Nie odświeżę jednak zapisków następnym przepisem na marokańskie danie. Inspirowana prezentem- książką o podróżach i jedzeniu pt. „Cztery strony smaku”, skłoniłam się do refleksji, że to nie smak „talerza” mówi o jego wyjątkowości, a smak tego co nas otacza… w jakich okolicznościach się znajdujemy i z kim. Czy marokański tajin smakowałby tak samo podany w polskiej restauracji? Nie sądzę.

Najmilej wspominam posiłki spędzone w gronie wspaniałej, ciepłej marokańskiej rodziny, która traktowała nas jak gości honorowych. Śniadanie było ucztą dla wielu zmysłów. Stół był suto zastawiony świeżym, pachnącym pieczywem, na uboczu stał przygotowany gorący termos z kawą lub tradycyjnie zaparzona marokańska herbata z cukrem. Nie mogło zabraknąć prawdziwej oliwy z oliwek, sadzonych jajek z aromatycznymi przyprawami… Jednak to ludzie czynili ten posiłek wyjątkowym. Pełni serdeczności pragnęli, byśmy byli najedzeni i zadowoleni. Ten posiłek po prostu jednoczył. Nie było miejsca na spory, niedopowiedzenia, a przy tym wszystko smakowało inaczej- intensywniej i zdrowiej.

Słodka kolacja, stół zastawiony naleśnikami, ciastkami, miodem i smarowidłem, które nie do końca mi podeszło ;)

Marokańska kefta, czyli pulpeciki z warzywami we własnym sosie, oliwki i gotowana papryka

Kuskus, jagnięcina i gotowane warzywa, do tego coś w rodzaju naszej maślanki ;)

Oto jak jadaliśmy posiłki u naszej rodzinki. Pozdrowienia!


Na co dzień ludzie za czymś gonią, posiłek nie ma większego znaczenia. Kupuje się na szybko kanapkę, zagląda do baru za obiadem, ale to niestety nie smakuje tak, jak smakują posiłki w podróży, poznając nowych ludzi, nowe miejsca, nie spiesząc się nigdzie… W podróży docenia się okoliczności, docenia się widoki, docenia się to, że czas stoi w miejscu, że można się cieszyć chwilą.
Ciekawy klimat miało również spożywanie posiłków na lokalnych soukach. Nie odstraszał nas fakt, że za 1zł można było zjeść kanapkę od pana, który kawałek dalej wyrzucał śmieci, a jego stoisko do najczystszych nie należało. Wszyscy Marokańczycy tam jedli, nikt nie chorował. Chcieliśmy być jak najbliżej lokalnej społeczności, za co byliśmy doceniani i chwaleni. Pomimo bariery językowej, można było wyczuć ciepło i znów serdeczność. A zakupione świeże bułeczki z przyprawionym mięskiem/rybą i ostrym sosem pamiętam do dziś- były rewelacyjne i nie do podrobienia. Co lepsze, w towarzystwie panów sprzedawców można było opchnąć i ze trzy, a człowiek nadal był głodny ;-) Takich stoisk tam pełno, a oczu, które były zdziwione, że się w ten sposób stołujemy było nie mało.

Nasze pierwsze budkowe, nocne jedzenie. Smakowało tym bardziej, że byliśmy bardzo głodni :)

Tradycyjna herbata z cukrem i miętą przy okazji posiłku

Ryby zakupione przez nas, wypatroszone na innym stoisku, a przy jeszcze innym przyrządzone :)

Mix owoców morza w lokalnej knajpce, najlepsza była czerwona pasta- harissa. Przepis notkę niżej :P

Warzywny tajin po kilku godzinach spaceru nawet smakował mięsem :P


Wyobrażacie sobie, że surowa papryka może smakować bardziej wyjątkowo niż na co dzień? Albo pomidor? Umówmy się, że w Maroku na pewno warzywa i owoce mają więcej smaku niż nasze polskie po sezonie, ale nie w tym rzecz. Tam smakowało to inaczej, bo było dane od serca. Smakowało inaczej, bo mogliśmy z panem, który nam całą siatę podarował, wypić herbatę. I owszem, głównie porozumiewaliśmy się migi, ale pan miał dobre serducho i był nas ciekawy. Z tej siatki zapamiętam chyba najbardziej melona, który był już przejrzały i miękki. Smak nie do opisania, jakby w jednej połówce było z 10 łyżeczek cukru- był soczysty, przepyszny!

Mogę wybrać się do restauracji na dobry obiad, ale to już jest inne doświadczenie. Skupiam się na talerzu. Mogę poznać nowe smaki, z pewnością ciekawe, ale nie wiem, czy zapamiętam to wydarzenie na dłużej. Najwspanialej jest podróżować i jeść, łączyć te dwie rzeczy! Człowiek się nie tylko rozwija kulinarnie, ale i duchowo. Polecam lekturę „Czterech stron smaku”, mam nadzieję, że poszerzy perspektywy i jedzenie nie będzie dla Was tylko paliwem ;-)


Czytaj dalej...

Kulinarnie. Smak na... Harissę!

Nie tylko historiami i anegdotami człowiek żyje. Będąc w Maroku równie istotnym dla mnie elementem poznawczym była marokańska kuchnia. Kilka tradycyjnych potraw spróbowałam, będąc w lokalnych zatęchłych budach, zwyczajnych knajpach, kończąc w domach Marokańczyków, gdzie jedzenie było najprawdziwsze z prawdziwych.

Jestem bardzo otwarta na nowe smaki i kuchnia marokańska niewątpliwie wyróżnia się bogactwem przypraw, zdrową żywnością i zdrowym podejściem do tejże. Dla mnie to czysta egzotyka, którą z przyjemnością wprowadziłabym na co dzień do swojej, skromnej kuchni.
W związku z tym, że temat jedzenia ogólnie nie jest mi obcy i mogłabym o tym rozmawiać dzień i noc, postanowiłam wprowadzić na bloga taki kulinarny kącik, gdzie od czasu do czasu będę dzielić się poznanymi tam smakami :-)

Wydawać by się mogło, że zacznę skromnie, od rzeczy małej… Kto jednak powiedział, że małe nie ma mocy? Niewątpliwie to, co zaraz zdradzę moc MA i niejeden, który zdecyduje się na ten dodatek dostanie po nim wypieków na twarzy…
…Dziś mowa o paście zwanej Harissą. Pasta ta znana jest przede wszystkim w Tunezji, ale w końcu Maroko i Tunezja tak daleko od siebie nie są, więc będąc w Maroku też często można się na nią natknąć.

Harissa to eksplozja smaków, które uwalniają się jeden po drugim. Najbardziej charakterystyczny jest smak limonki i chilli, ale wyczuwalne są również aromaty kolendry, czosnku i kminu rzymskiego. Nadaje się ona przede wszystkim do dań mięsnych, ale kto zabroni dodać ją do ziemniaków, czy nawet naszych polskich pierogów? :P Smaki te, jak i konsystencję dopasowuje się do własnych potrzeb. Ja lubię bardzo na kwaśno, ostro i jak mi się nic nie rozlatuje. Poniżej przedstawiam własny przepis na harissę, a modyfikować i szaleć możecie, jak Wam się podoba :)

- 22 papryczki chilli
- 3 ząbki czosnku
- 1 cytryna
- 1 łyżeczka soli
- 1 łyżka nasion kolendry
- 1 łyżka kuminu rzymskiego
- 1 łyżka mielonej słodkiej papryki
- 3-4 łyżki oliwy z oliwek
- 1 łyżeczka miodu
- 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego

Chilli należy rozmoczyć w ciepłej wodzie na ok. 30 minut, a następnie wypestkować. W jednym naczyniu łączymy przygotowane papryczki, obrane i pokrojone drobniej ząbki czosnku, sól i sok z cytryny. Do rozdrabniania polecam blender albo mikser, pracujemy nim aż się nam wszystko zagęści. Dodajemy powoli kolendrę, kumin, słodką paprykę, miód i koncentrat, dalej miksując. Oliwa ma nadać konsystencji paście, więc wszystko zależy od waszych upodobań. Sama oliwa wpływa też na ostrość, im więcej jej dodacie, tym łagodniejsza wyjdzie pasta.
Gotową harissę najlepiej schować do lodówki i koło miesiąca możecie się nią cieszyć, o ile nie wciągniecie jej wcześniej :D


Oto wynik moich wczorajszych starań:

Harissa

Mam nadzieję, że skorzystacie z tego przepisu, zamiast po raz kolejny dorzucać do mięcha ketchup czy musztardę, bo z pewnością ta pasta nada Waszym posiłkom nowego, wyjątkowego smaku :)
Czytaj dalej...

Pod łukami Legziry z jedną nogą w sikach.

Na wstępie przepraszam Was i dziękuję za cierpliwość. Długo nie pisałam, trochę ze względu na brak weny, trochę ze względu na naszą kolejną wyprawę, ale odczułam dziś te pokłady słów zalegające głęboko... gdzieś... i oto powstał tasiemiec z uroczymi zdjęciami :) Do rzeczy!

Po przygodach z dziadkiem, który może, nastał czas na odpoczynek w bardziej odosobnionym miejscu.

Z Sidi Ifni już niedaleko było do Legziry znanej przede wszystkim z pięknych widoków na Ocean i na rozgrzane do czerwoności skalne łuki, które są główną pozycją wszystkich przewodników dot. tego właśnie miejsca.

Dotarcie okazało się niesamowicie proste. Między większymi miastami kursują grand taxi i zatrzymują się, rzecz jasna, na zawołanie. Niespecjalnie wierzyliśmy w powodzenie akcji, by szanowny pan kierowca zabrał nas za darmo, ale bez ryzyka nie ma zabawy. Po raz kolejny kilka słów z arabskiego uratowało nam dupska, bo wydukanie z siebie czegoś w stylu mandysz flus (nie mam pieniędzy) poskutkowało otwarciem bagażnika i darmową podwózką nad same łuki.
Dziękujemy Ci dobry człowieku!

Przyznać muszę, że czegoś tak pięknego w życiu nie było dane mi widzieć. Stałam w miejscu jak wryta tudzież poryta i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko widzę, czuję i dotykam. Cały ciężar gdzieś zniknął, czułam się jak we śnie. Dobrze, że nie przyszło mi sprawdzać, czy to rzeczywiście sen, czy jawa, a pokusa była ogromna, bo te sny, gdzie człowiek się unosi nad ziemią, lata były/są snami najpiękniejszymi. Sami zapewne znacie to uczucie ;) Gdybym jednak dostała małpiego rozumu, trzeba byłoby mnie zeskrobywać z klifu, krzaka, czy innego kamienia. Na szczęście jestem i Wam trochę pokażę!

Nie widać, ale płakałam :P

Nie myślcie, że pogoda nieudana. Legzira koło godziny 10.00. Potem wyszło słońce ;)

Niezły zaciesz ;)

Zajechaliśmy na chwilę, a zostaliśmy na cały dzień... jak zwykle. Nie ma jednak czego żałować! Może poza jednym. Wyjątkiem były niedożywione, błąkające się psy. W dodatku zapchlone i brudne, w oczach miały smutek. Wykopywały sobie głębsze dziury w piasku, by się ochłodzić, niektóre wręcz zadrapywały się do krwi. Pogoda raczej im nie sprzyjała. W południe robiło się już naprawdę gorąco, idealne temperatury dla wszelkiego robactwa. Z jakichś przyczyn leżały blisko nas...
Może to nasz urok, a może brak prysznica? ;)

Prawie wdepnął w klocka, ale jeszcze o tym nie wie ;)



Ludu się zebrało, ale i tak mniej niż nad naszym polskim morzem :P Parawanów nie było ;)

O! Sławny łuk :)

Po kilku godzinach wylegiwania się na słońcu, spisywania pamiętnika i spacerów od brzegu do brzegu nastał czas, by poznać kolejnych miłych Marokańczyków. Swoją drogą, dalej zdumiewa mnie ich otwartość i gotowość do długofalowej pomocy, w zamian za nr telefonu i uśmiech :D

Spotkaliśmy grupę chłopaków w wieku 25-30, którzy na co dzień mieszkali w większych miastach i przyjechali się odchamić nad wodę. Ich główną rozrywką podczas weekendowego pobytu było granie w karty i palenie tradycyjnej marokańskiej fajki zwanej sipsi. Osobiście nie próbowałam, bo kobiecie nie wypada, Dawid za to chętnie z tego pykał, ale nie stwierdził, by było to jakieś nadzwyczajne doświadczenie. Przy okazji kolejnych stopów niektórzy kierowcy również chwalili się takimi fajkami, ale nie wiedzieć czemu, dorabiali sobie ideologie, że tą fajką niespecjalnie można się dzielić z innymi. Chłopaki nie miały z tym problemu, ale może to kwestia podejścia ;)

Próba wybrania optymalnej drogi, z uwzględnieniem ciekawych miejsc.

Sipsi w rękach Dawida, gościu z tyłu pocieszny :D


I tak od słowa do słowa zostaliśmy zaproszeni na obiad do wynajętego domku niedaleko wybrzeża. A ponieważ pora obiadowa się zbliżała, a ja byłam głodna jak wilk, to jak najbardziej na tę propozycję przystałam. Całe szczęście, że posiłek był już na gazie, bo Marokańczycy w zwyczaju mają gotować zdrowo, ale również trochę długo...

Pierwsze wrażenie z mieszkania?
Przytulne, minimalistycznie urządzone, bardzo w ich stylu. Do ścian dostawione coś w rodzaju puf z poduszkami, same ściany pomalowane na fioletowo, duży drewniany stół na środku  pokoju i gromadka cieszących się facetów naokoło. Czułam się tam trochę nieswojo, bo towarzystwo było wyłącznie męskie. Miałam nawet wrażenie, że tam nie pasuje, czy nawet przeszkadzam, ale przecież nie odpuszczę obiadu do jasnej cholery. Mężczyźni podzielili się na tych, którzy grali w karty i na tych, którzy próbowali porozmawiać z Dawidem. Ja byłam taka trochę niewidzialna. Właściwie to od razu mi się przypomniała wcześniejsza historia z Drissem, który z uśmiechem traktował mnie jak maskotkę Dawida, trochę jak niemowę lub upośledzoną, ale przywykłam :P

Na stół oczywiście wjechał wielki talerz jedzenia. Wielbiciele Maca i KFC mogą sobie odpuścić ten akapit, bo będzie za zdrowo ;) Talerz przepełniony był gotowanymi warzywami i duszonym mięsem (najprawdopodobniej jagnięciną). Wszystko oddawało swój własny zapach, a przecież jak wiadomo, Marokańczycy są mistrzami w doprawianiu. Nie brakowało tam kuminu, papryki czy kurkumy. Chleb maczało się w sosie, który powstał z gotowania, a przy tym panowała naprawdę miła, rodzinna atmosfera. Coś w tym jest, że posiłki jednoczą ludzi ;) Po obiedzie znów byłam trochę upośledzona :P

Bez problemu jednak się nie obyło... Musiałam skorzystać z toalety, bo pęcherz rządzi, tak samo jak dupa. Posłuchałam się go i poszłam do łazienki.

Cyk, cyk. Próbuję włączyć światło... i nic. Myślę sobie, że to nie jest problem. Sikało się po ciemku w krzakach to i tutaj kibel znajdę.
Plask, plask. "Co jest kurde mol?" Wchodzę stopą w coś mokrego. W ciemnościach egipskich widzę, że wanna cała upier***** od piasku i wypełniona jakąś butlą. Ekhm, zapewne to butla, która służyła poprzedniego wieczoru do najarania się. Rozumiem. Widzę, że koło wanny stoi jakiś kibel, a w kiblu różne rzeczy pływają...
O nie! W tył zwrot... "Zaraz, zaraz, to w co ja wdepnęłam? Czy to woda, czy to szczochy?" Nie pozwoliłam sobie myśleć za długo, po prostu wyszłam i czekałam ze skrzyżowanymi nogami na okazję. Okazję do wyjścia.

Może określenie wobec Marokańczów, że faceci to świnie nie jest do końca na miejscu, ale na pewno na miejscu jest określenie fleje i brudasy. Chociaż nie, brudasy też nie. Zostańmy przy flejach, przekaz jest jasny.

Wiem, wiem, zaraz będzie pojazd, że dziewczyny są gorsze, nie generalizuj, itd. Żeby nie było, dodam też, że i baby to fleje ;)

Pan w białym trochę za dużo wypalił ;)

Pożegnalne zdjęcie, kapelusznik najstarszy z rodziny.


Na szczęście nie kazali nam długo czekać, bo nastał dla nich koniec weekendu i każdy zbierał się do wyjazdu. I co teraz? Gdzie my pojadym?
Nie pozwolili się nam tym długo martwić, Marokańczyk kazał nam wsiadać do fury, zawiózł nas z powrotem do Sidi Ifni i zafundował noc w hostelu, ładując w nas pyszne kanapki z rybą i napoje.

Wniosek jest taki, że jak już się pozna ludzi, to nie dadzą Ci umrzeć z głodu, czy z zimna. Są lepsi niż ciotki i wujki razem wzięci, serio. Wspominam ten dzień i wieczór z łezką w oku. Te kanapki naprawdę były pyszne...

Gdzieś pod łukami :)

Czytaj dalej...
Smak na podróż © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka