Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

Rozgrzewka przed zdobywaniem ukraińskich szczytów

Chwilowo opuszczamy marokańskie klimaty, by wprowadzić nieco górskiej świeżości i nieprzewidywalności. Minął tydzień od naszej autostopowej wyprawy w ukraińskie góry (Gorgany, Świdowiec, Czarnohora), a w związku z tym, że w ciągu stosunkowo krótkiego czasu wiele się działo, warto wspomnieć, jak u tego naszego wschodniego sąsiada jest.

Ukraińskie góry uznawane są za jedne z najdzikszych w Europie i jedne z najpiękniejszych. Szlaków jak na lekarstwo, czynnych schronisk również. Sama natura, piękne lasy i jeziora. Roślinność zmienia się można powiedzieć z każdym pokonanym metrem. Śnieg do kolan, sporo do zobaczenia. Może trafimy na pastucha, zaprosi nas do domu  i nakarmi bryndzą?

Nie jeden ukraiński kierowca pytał nas o opinie w sprawie ukraińskich dróg, zazwyczaj zaznaczając, że te ukraińskie to złe, a polskie dobre. Trudno tutaj racji nie przyznać, ale na osłodę tym serowym drogom wychwalaliśmy pod niebiosa ukraińską Warszawkę. Smutny uśmiech pojawiał się na twarzach kierowców. Tylko jedna. No, może dwie główne drogi na całą Ukrainę, ale to trochę za mało.

Jedyne 22 km kolein

Jeden z naszych autostopowych przystanków

7 dni to na tyle dużo, że postanowiliśmy za radą kierowcy jechać drogami regionalnymi, co by więcej zobaczyć. Już nie chodzi o te nieszczęsne drogi. Jazda z wioski do wioski jest bardziej atrakcyjna z antropologicznego punktu widzenia. Ludzie się zatrzymują, są ciekawi turysty. Ucinają pogawędki, czasem zaproszą, czasem nie, ale warto sobie czas umilać. Jeśli ludzie nie są ciekawi, to z pewnością my znajdziemy coś interesującego w lokalnym sklepie. Wybór piw za przysłowiowe grosze jest duży, a będąc na Ukrainie nie można zapomnieć o suszonych rybkach- słonej przekąsce, słonej też w cenie, ale jakże pysznej! Gatunków ryb do wyboru, do koloru. Nie lubisz ryb? No to i kalmary suszone znajdziesz. Wszystko to stokroć lepsze od chipsów, paluszków i innych kalorycznych dziwactw. Zapach trochę odrzucający, ale do alkoholu (szczególnie piwa, wódki) wchodzi jak złoto.

Pierwszy odpoczynek po ukraińskiej stronie miał miejsce w Samborze przy dworcu autobusowym. Spragnieni kwasu i lokalnej kuchni udaliśmy się na polowanie. Pierwsza buda: hot dogi. Druga buda: hot dogi. Trzecia buda: hot dogi i hamburgery… Idę po kwas, bo nie wierzę własnym oczom. Pozostaje nadzieja, że kwas z kija mają dobry.

Uff, jak zwykle smaczny i orzeźwiający. Ostatecznie nie wygrał z piwem, bo było to pierwsze i ostatnie miejsce, gdzie go piliśmy, ale i tak warto było. Co z tym jedzeniem? Stanęło na hot dogu. Hot dogu, który w całości z bułką i parówą wrzucony był do mikrofali, napakowany dużą ilością surówki i zalany przeróżnymi sosami. Buła gumowata, nie pierwszej świeżości, ale to chyba lokalny sposób przygotowywania tego przysmaku. Głodni nie wyjechaliśmy, a i stare, dobre lata 90. się przypomniały.

Przerwa na DA w Samborze, jeszcze przed królewskim hot dogiem.

Polecono nam pojechać do następnej wioski marszrutką (miejski lub międzymiastowy środek transportu), żeby zaoszczędzić czas. Pieniędzmi się nie przejmowaliśmy, bo 15-20 km trasy kosztuje 2-3 zł od łebka. W szczególności nie miały one dla nas znaczenia po tym, jak zobaczyliśmy nasz pojazd! Autobus Need For Speed dowiezie na miejsce z prędkością światła ;-) Tylko my byliśmy tak rozentuzjazmowani, na innych nie robiło to wrażenia.

Nasz superszybki i supertani pojazd
Czystość szyb w autobusie pozostawiała wiele do życzenia, ale trzeba przyznać, że widoki rekompensowały wszystko. Prostota w czystej postaci. Domki prawie że jednakowe, z warzywno-owocowym ogródkiem na przedzie, trochę trawki dla krów i kóz, drzewa owocowe. Po prostu odskocznia od szarej, miejskiej codzienności. Co ciekawe, Ukraińcy pamiętają o swojej historii, patriotyzm widoczny jest na każdym kroku. Nawet w małych wioskach spotkać można pomniki upamiętniające poległych żołnierzy, flagi ukraińskie powiewające na wietrze przy świetlicach, kopcach. Te mniej chlubne, banderowskie, również powiewają. Jedna obok drugiej. Ukraińska i banderowska. Razem. Dla nich to nic złego, oni mają swoją historię, a my swoją.

Taki sobie ładny widok na pobliską wioskę

"Sława Gierojom", sława bohaterom. Tutaj też wisiała banderowska flaga.


Po kilku godzinach stania i jazdy doczłapaliśmy się tirem (szalał jakieś 30km/h) do wioski, w której postanowiliśmy osiąść z racji później pory. Całe szczęście, przed zmrokiem znaleźliśmy sklep, w którym zaopatrzyliśmy się w razie najgorszego. Piwko, wódka, suszone rybki. Nic więcej nie potrzeba. Właściwie to można było odmaszerować, ale zaczęli zaczepiać nas łebki, wiek 35-40, bo człowieki z plecakami na wiosce to rozrywka lepsza niż wódka. A jeśliby połączyć te rozrywki, to można spokojnie umierać, tyle się dzieje!

Rozmowa jak rozmowa. Skąd jesteście? Dlaczego tutaj? Dokąd jedziecie? Ludzka ciekawość, proste pytania, ale dobrze się rozmawia. Jedna wódeczka. Trochę rybek i druga wódeczka. Dwa różne języki, ale różnice zaczęły się jakby zacierać. Gada się miło, trochę kaleczymy język, ale wszystko rozumiemy! Czasem ta seta na odwagę naprawdę jest wskazana ;-) Otwieramy jakieś indycze szyjki, nowość na rynku, w życiu nie jadłam czegoś takiego w formie przekąski. Zapijamy kolejnym kielichem, bo szyjki pikantne. Robi się późno i chłodno, ale towarzystwo w najlepsze świętuje. Mamy zaproszenie do domu!

Ledwo otworzyły się drzwi, na stole wszystko było już gotowe: kanapki z szynką, ser twarogowy ze szczypiorkiem, coś na osłodę, kawa, herbata. Siostra naszego wybawcy uwijała się jak w ukropie, było mi głupio, a z drugiej strony byłam cholernie wzruszona.  Zmieniło się tyle, że siedzieliśmy przy stole i każdy miał coraz więcej w czubie. W międzyczasie wkroczył samogon (domowy wysokoprocentowy alkohol), potem likier kawowo-śmietankowy, istne combo dla żołądka, chociaż miałam wrażenie, że trzymamy się z Dawidem nieco lepiej niż właściciel. Godzina 1.00, a kolega miał rzekomo na rano do pracy. Do dziś nie wiemy, czy wstał… Impreza tak jak hucznie się zaczęła, tak samo hucznie się skończyła. Właściciel chciał przytulić własność Dawida, nie pytając o pozwolenie, więc stanowczo Dawid o nią poprosił. Musiało to pana zaboleć i po chwili namysłu wypieprzył nas z domu, żeby było nam rześko. O 2.00 w nocy! To nasza druga próba noclegu na Ukrainie, która skończyła się tym, że nas wyproszono. Pierwsza była o tyle udana, że dali nam się przespać, a nad ranem kazali spadać gdzie pieprz rośnie. Tutaj nawet nie mieliśmy takiej możliwości. Bo co? Bo gościu za dużo wypił i uznał, że to właściwy moment pokazać Polakom, gdzie raki zimują. Wspomniałam, że gospodarz był jednym z tych, którzy mają swoją historię i określał się jako banderowiec? Całe zło z człowieka po alkoholu wychodzi. Jest nauczka na przyszłość.

Więcej rybek, mniej wódki. A już na pewno nie likier Sheridan…


No ale co? Chyba jedziemy dalej.
Czytaj dalej...

Kulinarnie. Smak na... Kiszone cytryny!

Całe szczęście wiosna puka do naszych drzwi i prosi o gościnę. Coraz częściej pojawia się słońce, soczyście żółte, które dodaje nam sił na nadchodzący dzień.

Kiedy pojawia się słońce, trochę odżywam. Odżywa również chęć na nowe kulinarne przygody. A ponieważ chcę pozostać przy soczyście żółtych kolorach, dziś przedstawię przepis na wybitne, kiszone cytryny, których smak i zapach zabrałam z samego Maroka.

Przysmak ten w Polsce nie jest zbyt dobrze znany, choć coraz więcej osób się nim interesuje i bardzo mnie to cieszy. Skoro jako prawie jedyny naród jesteśmy w stanie zrozumieć dobroć kiszonego ogóra, myślę, że kiszoną cytrynę przyjmiemy z otwartymi rękami.

Marokańczycy kiszonych cytryn używają do wzbogacania smaku dań mięsnych oraz popularnych tam tajinów, jednak nie pozwólmy się ograniczać. Równie dobrze nasza polska sałata z dodatkiem kiszonej cytryny i innych sezonowych warzyw może stać się zupełnie nowym, przyjemnym odkryciem.

Smak cytryny każdy zna, jednak cytryna kiszona jest bardziej intensywna w smaku i, z racji procesu kiszenia, zdecydowanie bardziej krucha.

Nadaje potrawom bardzo orzeźwiający smak i uwydatnia walory każdego składnika danej potrawy. Jeśli raz użyjecie kiszonej cytryny, na pewno często lub na stałe zagości w waszych domach. Marokańska kuchnia jest wyśmienita. Ten kto pojechał i spróbował, ten wie. Dlatego jeśli macie sposobność odwzorowania marokańskiego przepisu, zróbcie to, bo będzie to coś nowego dla waszych kubków smakowych.

Sam przepis to bułka z masłem.

Należy zaopatrzyć się w słoik z gumką pod wieczkiem, by szczelnie go zamknąć. Ja wybrałam taki o pojemności jednego litra, do którego zmieściło się pięć cytryn. Jeśli macie ochotę na większy- droga wolna ;)

Do wcześniej wspomnianych pięciu cytryn należy dokupić kolejne dwie lub trzy, ponieważ potrzebny będzie ich sok. Kupione cytryny najlepiej wyszorować pod ciepłą wodą z płynem, a potem je dobrze wypłukać.

7-8 cytryn, 1 suszona papryczka chilli, 2 listki laurowe, sól morska


Każdą z pięciu cytryn nacinamy tak, by powstały ćwiartki, ale nie przecinamy cytryn do końca.

Do każdej z nich wsypujemy łyżkę grubo zmielonej soli morskiej i zaciskamy je.

Soczysta cytryna aż ślinka cieknie :)



Wcześniej do umytego i wyparzonego słoika wsypujemy również jedną łyżkę soli i upychamy pięć cytryn do środka.

Dla wzbogacenia smaku można dorzucić do słoika jedną suszoną papryczkę chilli i dwa listki laurowe, choć słyszałam również o wersji z anyżem czy wanilią- próbujcie!

Do tak przygotowanych składników wyciskamy sok z pozostałych dwóch, czy trzech cytryn i resztę słoja zalewamy przegotowaną, chłodną już wodą.  Ważne jest, by wszystkie cytryny pływały w wodzie :-)

Gotowy, szczelnie zamknięty produkt. Czekamy 4 tygodnie na konsumpcję!


Takie kiszone cytryny można spożywać już po miesiącu, najlepiej trzymać je w zacienionym miejscu. Oczywiście sami dawkujecie ilość cytryny dodawanej do potrawy, ale jak już wcześniej wspomniałam, są bardzo intensywne w smaku, więc nawet ćwiartka wystarczy, by wzbogacić cały gar jedzenia.

Czytałam o mnóstwie cytrynowych wariacji: z anyżem, z zielem angielskim, z laską wanilii, na dobrą sprawę i czosnek by się dobrze komponował. Jeśli wasza wyobraźnia wykracza poza ten przepis, to śmiało! Nie można tego zepsuć.

Jeśli mieliście okazję wykonać ten przepis, to pochwalcie się sposobem czy składnikami, jakich użyliście. Czekam również na informację, jak smakowało wam danie w towarzystwie kiszonych cytryn :) 

Ja osobiście nie mogę doczekać się próby generalnej, bo to mój kulinarny debiut. Ślinka cieknie na samą myśl!



Czytaj dalej...

Bezpieczeństwo na drodze przede wszystkim!

W końcu wydostaliśmy się ze śmierdzącej oazy. Słońce paliło w karki, ale przecież chyba lepsze to niż kąpiel w gównie. Kierowaliśmy się na północ, najlepiej za Marrakesz, otrzymując w międzyczasie podwózkę od kolejnego serdecznego Marokańczyka, którego nowym powołaniem była rola przewodnika (bynajmniej nie za pieniądze). Pośrodku niczego był w stanie wskazać nam kozy chodzące po drzewach, kozy rodzące, drzewka migdałowe i oliwne, czy specjalne, stare berberyjskie zbiorniki, których celem było gromadzenie wody głównie dla zwierząt gospodarskich. Dzięki jego uprzejmości ten upalny dzień nie okazał się wcale aż tak upalny. Podczas pożegnania kierowca wyglądał na bardzo zmartwionego naszym dalszym losem, więc postawił noc w hotelu i zadbał o to, byśmy nie byli głodni. Sprawdziła się teoria, że może i ludzie, którzy żyją z turystyki będą chcieli oskubać innych z piórek, ale za to reszta jak do rany przyłóż: podwiozą, pogadają i jeszcze posiłek zaoferują. A to przecież nie pierwszy i nie ostatni taki przypadek! Wspólna fotka i czas się rozstać :-)




Berberyjskie zbiorniki na wodę

Nasz wybawca



Noc z Tafraoutu została odespana. Obudziliśmy się grubo po 11, więc po szybkiej ‘kąpieli’ w hotelowej umywalce wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta i lokalnego souku w Inezagne. Wszystkie uliczki wyglądały identycznie, więc zgubienie się w ich labiryncie i gąszczu ludzi naprawdę nie było trudne. Ten souk był raczej miejscem dla mieszkańców, nie było na nim nic turystycznego, jednak jeden sprzedawca nawet pokusił się o targowanie za kawałek szmatki. 
Cóż, jeśli byliście kiedykolwiek na Dworcu Świebodzkim we Wrocławiu w niedzielę, to jest to dobra zapowiedź tego, co działo się w Inezgane. Smar, mydło i powidło w najczystszej postaci: ciuchy, elektronika, sprzęty domowe, pościele, żywe zwierzęta, kurniki obok fryzjerów, brakowało sprzedaży obornika obok kosmetyczki. Nic nie przebiło jednak gastronomii w wydaniu Marokańczyków, która to znajdowała się na szarym końcu targowiska i wszelkie normy, przepisy BHP mogły się schować, naprawdę. Syfiasta buda z panem, który nie wiedział co to rękawiczki. Obok tej budy walające się śmieci, a za stołek do siedzenia robiły oblepione tłuszczem skrzynki po napojach. Madzia Gessler miałaby co robić. Nie mniej jednak, jedzenie było nie do podrobienia. Po raz kolejny raczyliśmy się chlebkami z mięskiem i szklaneczką fanty za jedyne 1-2zł od łebka. Na innym stoisku pan wyciskał soki z cytryny i trzciny cukrowej – słodka śmierć :P Uprzedzam pytania, nasze żołądki i tyłki nie cierpiały potem z tego powodu ;) I odradzam kupowania baterii ze stoisk mocno nasłonecznionych, bo najprawdopodobniej w ogóle nie zadziałają. Ot, taki nasz nieogar ;)



Uraczony herbatą i koktajlem :)

Nasza 'knajpa'
Souk

Polska lata 80-te ;)

Najsmaczniejsze ślimaki jakie jadłam

Dostanie się na wylotówkę do Marrakeszu zajęło nam sporo czasu, a i zaczęliśmy powątpiewać, czy jest sens łapać dalej, czy może lepiej jednak przenocować w krzakach.

Raz KOZIE śmierć.

Próbujemy, choć nastroje nie były najlepsze, a każdy mijający nas samochód tylko bardziej pogarszał sprawę, ale w końcu…. Jest! Oto ona, nasza pierwsza ciężarówka na marokańskiej ziemi. Ciekawość nas zżerała, więc bez namysłu decydujemy się na transport. Powitało nas dwóch panów, z czego jeden nawet umiał francuski, drugi okazał się po prostu sympatyczną niemową, może od czasu do czasu zdecydował się powiedzieć coś po arabsku. Na pierwszy rzut oka tylko wnętrze odbiegało od standardów europejskich, bo Marokańczycy generalnie lubią wszystko ozdabiać dywanikami i frędzelkami. Jak dla mnie to urocze, robiło się tak jakby przytulniej, ale jestem babą, więc wiecie ;)

Przed nami długa droga, bo jakieś 3h, więc panowie zadbali, by poprawić nam nastroje. Można powiedzieć, że od samego początku podróży do jej końca ciężarówka była w dymie, ale nie papierosowym (if you know what I mean). Nie wiem, czy zdobyłabym się na odwagę wsiąść z nimi, gdybym wiedziała, że palą jak stare smoki. Co więcej nie tylko dojechaliśmy szczęśliwie do celu, ale również byliśmy gośćmi na marokańskiej dyskotece. Kierowca upalony z oczami jak Chińczyk uraczył nas arabską muzyką na zmianę z europejskimi hiciorami, włączył rozmieszczone w całej ciężarówce kolorowe lampki, które migotały i brakowało jeszcze tego, żeby pozwolił Dawidowi kierować, ale na szczęście to się nie stało. W tym stanie błogości tylko ja nie uczestniczyłam, raczyłam się co najwyżej zapachem, ale kierowca najwyraźniej miał dużą potrzebę znalezienia mi zajęcia, więc wykręcił numer do jednej ze swoich czterech żon i tak po prostu miałam sobie poplotkować. Kochany on!

Zaczyna się robić śmiesznie ;)
Ciężarówka jakoś jedzie, nastroje przednie, szczerze mówiąc nie wiem, czy byliśmy widoczni dla innych kierowców, ale byłoby nudno, gdyby marokańska policja nie chciała zrobić kontroli. Samochód staje, ja trochę sztywna i nic się nie odzywam. Już nawet jestem gotowa jechać z tymi szaleńcami dalej, byle nie nocować na pustkowiu, czy w jakimś areszcie. A przypominam, że cztery osoby w ciężarówce to zdecydowanie za dużo i można za to zwinąć karę.



Nasz ucieszony Marokańczyk, który stał się Chińczykiem nie przestraszył się jednak. Dzielny jak lew wyciągnął dokumenty, wsadził między nie banknot i ucieszony przekazuje policjantowi. Niespełna 5 minut później po prostu ruszamy dalej… Tak się załatwia sprawę w Maroku. Czterech pasażerów, trzech upalonych, mała widoczność drogi podejrzewam, a do tego niezapięte pasy- no bezpieczeństwo na najwyższym poziomie!

Abstrahując już od mało odpowiedzialnego podejścia, znów byliśmy świadkami ich gościnności, pozytywnego nastawienia i chęci niesienia pomocy. Nie pisałam o tym wcześniej, ale również i w tym przypadku poczęstowano nas ciepłym posiłkiem i sokami, więc brzuchy nie miały powodów do narzekań.

Pozdrawiamy panów z ciężarówki i polecamy wszystkim autostopowiczom ten rodzaj transportu! :D


Czytaj dalej...

Kulinarne podróże...

Po raz kolejny odpuszczam historię na rzecz kontynuowania wątku kulinarnego. Nie odświeżę jednak zapisków następnym przepisem na marokańskie danie. Inspirowana prezentem- książką o podróżach i jedzeniu pt. „Cztery strony smaku”, skłoniłam się do refleksji, że to nie smak „talerza” mówi o jego wyjątkowości, a smak tego co nas otacza… w jakich okolicznościach się znajdujemy i z kim. Czy marokański tajin smakowałby tak samo podany w polskiej restauracji? Nie sądzę.

Najmilej wspominam posiłki spędzone w gronie wspaniałej, ciepłej marokańskiej rodziny, która traktowała nas jak gości honorowych. Śniadanie było ucztą dla wielu zmysłów. Stół był suto zastawiony świeżym, pachnącym pieczywem, na uboczu stał przygotowany gorący termos z kawą lub tradycyjnie zaparzona marokańska herbata z cukrem. Nie mogło zabraknąć prawdziwej oliwy z oliwek, sadzonych jajek z aromatycznymi przyprawami… Jednak to ludzie czynili ten posiłek wyjątkowym. Pełni serdeczności pragnęli, byśmy byli najedzeni i zadowoleni. Ten posiłek po prostu jednoczył. Nie było miejsca na spory, niedopowiedzenia, a przy tym wszystko smakowało inaczej- intensywniej i zdrowiej.

Słodka kolacja, stół zastawiony naleśnikami, ciastkami, miodem i smarowidłem, które nie do końca mi podeszło ;)

Marokańska kefta, czyli pulpeciki z warzywami we własnym sosie, oliwki i gotowana papryka

Kuskus, jagnięcina i gotowane warzywa, do tego coś w rodzaju naszej maślanki ;)

Oto jak jadaliśmy posiłki u naszej rodzinki. Pozdrowienia!


Na co dzień ludzie za czymś gonią, posiłek nie ma większego znaczenia. Kupuje się na szybko kanapkę, zagląda do baru za obiadem, ale to niestety nie smakuje tak, jak smakują posiłki w podróży, poznając nowych ludzi, nowe miejsca, nie spiesząc się nigdzie… W podróży docenia się okoliczności, docenia się widoki, docenia się to, że czas stoi w miejscu, że można się cieszyć chwilą.
Ciekawy klimat miało również spożywanie posiłków na lokalnych soukach. Nie odstraszał nas fakt, że za 1zł można było zjeść kanapkę od pana, który kawałek dalej wyrzucał śmieci, a jego stoisko do najczystszych nie należało. Wszyscy Marokańczycy tam jedli, nikt nie chorował. Chcieliśmy być jak najbliżej lokalnej społeczności, za co byliśmy doceniani i chwaleni. Pomimo bariery językowej, można było wyczuć ciepło i znów serdeczność. A zakupione świeże bułeczki z przyprawionym mięskiem/rybą i ostrym sosem pamiętam do dziś- były rewelacyjne i nie do podrobienia. Co lepsze, w towarzystwie panów sprzedawców można było opchnąć i ze trzy, a człowiek nadal był głodny ;-) Takich stoisk tam pełno, a oczu, które były zdziwione, że się w ten sposób stołujemy było nie mało.

Nasze pierwsze budkowe, nocne jedzenie. Smakowało tym bardziej, że byliśmy bardzo głodni :)

Tradycyjna herbata z cukrem i miętą przy okazji posiłku

Ryby zakupione przez nas, wypatroszone na innym stoisku, a przy jeszcze innym przyrządzone :)

Mix owoców morza w lokalnej knajpce, najlepsza była czerwona pasta- harissa. Przepis notkę niżej :P

Warzywny tajin po kilku godzinach spaceru nawet smakował mięsem :P


Wyobrażacie sobie, że surowa papryka może smakować bardziej wyjątkowo niż na co dzień? Albo pomidor? Umówmy się, że w Maroku na pewno warzywa i owoce mają więcej smaku niż nasze polskie po sezonie, ale nie w tym rzecz. Tam smakowało to inaczej, bo było dane od serca. Smakowało inaczej, bo mogliśmy z panem, który nam całą siatę podarował, wypić herbatę. I owszem, głównie porozumiewaliśmy się migi, ale pan miał dobre serducho i był nas ciekawy. Z tej siatki zapamiętam chyba najbardziej melona, który był już przejrzały i miękki. Smak nie do opisania, jakby w jednej połówce było z 10 łyżeczek cukru- był soczysty, przepyszny!

Mogę wybrać się do restauracji na dobry obiad, ale to już jest inne doświadczenie. Skupiam się na talerzu. Mogę poznać nowe smaki, z pewnością ciekawe, ale nie wiem, czy zapamiętam to wydarzenie na dłużej. Najwspanialej jest podróżować i jeść, łączyć te dwie rzeczy! Człowiek się nie tylko rozwija kulinarnie, ale i duchowo. Polecam lekturę „Czterech stron smaku”, mam nadzieję, że poszerzy perspektywy i jedzenie nie będzie dla Was tylko paliwem ;-)


Czytaj dalej...

Kulinarnie. Smak na... Harissę!

Nie tylko historiami i anegdotami człowiek żyje. Będąc w Maroku równie istotnym dla mnie elementem poznawczym była marokańska kuchnia. Kilka tradycyjnych potraw spróbowałam, będąc w lokalnych zatęchłych budach, zwyczajnych knajpach, kończąc w domach Marokańczyków, gdzie jedzenie było najprawdziwsze z prawdziwych.

Jestem bardzo otwarta na nowe smaki i kuchnia marokańska niewątpliwie wyróżnia się bogactwem przypraw, zdrową żywnością i zdrowym podejściem do tejże. Dla mnie to czysta egzotyka, którą z przyjemnością wprowadziłabym na co dzień do swojej, skromnej kuchni.
W związku z tym, że temat jedzenia ogólnie nie jest mi obcy i mogłabym o tym rozmawiać dzień i noc, postanowiłam wprowadzić na bloga taki kulinarny kącik, gdzie od czasu do czasu będę dzielić się poznanymi tam smakami :-)

Wydawać by się mogło, że zacznę skromnie, od rzeczy małej… Kto jednak powiedział, że małe nie ma mocy? Niewątpliwie to, co zaraz zdradzę moc MA i niejeden, który zdecyduje się na ten dodatek dostanie po nim wypieków na twarzy…
…Dziś mowa o paście zwanej Harissą. Pasta ta znana jest przede wszystkim w Tunezji, ale w końcu Maroko i Tunezja tak daleko od siebie nie są, więc będąc w Maroku też często można się na nią natknąć.

Harissa to eksplozja smaków, które uwalniają się jeden po drugim. Najbardziej charakterystyczny jest smak limonki i chilli, ale wyczuwalne są również aromaty kolendry, czosnku i kminu rzymskiego. Nadaje się ona przede wszystkim do dań mięsnych, ale kto zabroni dodać ją do ziemniaków, czy nawet naszych polskich pierogów? :P Smaki te, jak i konsystencję dopasowuje się do własnych potrzeb. Ja lubię bardzo na kwaśno, ostro i jak mi się nic nie rozlatuje. Poniżej przedstawiam własny przepis na harissę, a modyfikować i szaleć możecie, jak Wam się podoba :)

- 22 papryczki chilli
- 3 ząbki czosnku
- 1 cytryna
- 1 łyżeczka soli
- 1 łyżka nasion kolendry
- 1 łyżka kuminu rzymskiego
- 1 łyżka mielonej słodkiej papryki
- 3-4 łyżki oliwy z oliwek
- 1 łyżeczka miodu
- 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego

Chilli należy rozmoczyć w ciepłej wodzie na ok. 30 minut, a następnie wypestkować. W jednym naczyniu łączymy przygotowane papryczki, obrane i pokrojone drobniej ząbki czosnku, sól i sok z cytryny. Do rozdrabniania polecam blender albo mikser, pracujemy nim aż się nam wszystko zagęści. Dodajemy powoli kolendrę, kumin, słodką paprykę, miód i koncentrat, dalej miksując. Oliwa ma nadać konsystencji paście, więc wszystko zależy od waszych upodobań. Sama oliwa wpływa też na ostrość, im więcej jej dodacie, tym łagodniejsza wyjdzie pasta.
Gotową harissę najlepiej schować do lodówki i koło miesiąca możecie się nią cieszyć, o ile nie wciągniecie jej wcześniej :D


Oto wynik moich wczorajszych starań:

Harissa

Mam nadzieję, że skorzystacie z tego przepisu, zamiast po raz kolejny dorzucać do mięcha ketchup czy musztardę, bo z pewnością ta pasta nada Waszym posiłkom nowego, wyjątkowego smaku :)
Czytaj dalej...
Smak na podróż © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka