Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

Ludzie gór! Cz. 2

Nastał ten tragiczny dla mnie moment w środku nocy, zwany pełnym pęcherzem.

Dylemat życia. Co zrobić? Czy w ogóle jest jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, za wyjątkiem wystawienia czterech liter na przeraźliwe zimno, ciemność i czyhające za drzewami czworonożne potwory?
Wyobraźnia płata figle i niezależnie od tego, czy zostałabym pożarta, wyjść musiałam. O tak, po prostu.

Poranek okazał się być znacznie przyjemniejszy. Po przerzuceniu całego naszego dobytku na światło dziennie okazało się, że jest wyjątkowo ciepło, a roślinność wokół nas będzie idealną suszarnią dla zawilgoconego namiotu i kilku ubrań.



Suzarnia :)


Słońce rozkosznie grzało moje poliki i dłonie, z pomocą przybyło również wino, które sprawiło, że dostałam wręcz wypieków.

Woda wyproszona w dniu poprzednim posłużyła do porannej „kąpieli” w wychodku, który znajdował się dosłownie 10 metrów od naszej miejscówki. A ponieważ woda ta przez noc porządnie się schłodziła, nie mogłam prosić o lepszą pobudkę i powrót do świata żywych. W reklamówkach ostały nam się kawałki chleba z konserwą wątpliwej jakości. Zjeść jednak trzeba było, ponieważ i plany były ambitne.

Do zdobycia był szczyt Żandarma i dotarcie do niewielkich, górskich jezior, przedzierając się przez mokre i zaśnieżone tereny, których za nic nie można nazwać szlakami. Najpierw jednak chcieliśmy po raz drugi spróbować naszych sił i zaprzyjaźnić się z ludźmi, którzy poprzedniego wieczora tak bardzo zaabsorbowani byli oglądaniem meczu piłki nożnej.

Puk, puk.

- Dzień dobry, czy możemy zostawić tutaj swoje rzeczy na przechowanie? Chcemy iść w góry.
- Hmmm, tu na pewno nie. Na zapleczu, w kuchni. Ale to zależy, jak długo was nie będzie.
- 3 godziny? Bardzo prosimy, ciężko nam z tym będzie wchodzić.
- Tu – wskazał ręką kąt zaplecza. No to chyba nie pogadamy.
- A tu u was w ogóle można coś do jedzenia kupić? - pytam pana, który był kucharzem na restauracji.
- A nie wiem, to trzeba kelnera zapytać – padłam i odechciało mi się pytać o cokolwiek.

Chodźmy w góry, może misie będą bardziej przyjazne i jakimś miodkiem poczęstują.

Kiedy tak niespiesznie ruszaliśmy w stronę gór, między nogami zaczęła plątać się czarna i kudłata psina, której imię dzień wcześniej odebrałam jako osobistą obelgę, bo kiedy padło słowo „żulia” byłam przekonana, że ktoś wyzywa mnie od żula... Żulia jednak była pieskiem, trochę nieśmiałym, ale zdecydowanie wytrwałym i oddanym. Lubiła głaskanie i ukraińską kiełbasę. Nie przepadała za czerstwym chlebem.

Najdzielniejszy pies na świecie- Żulia


Żulia okazała się być najlepiej przygotowana na tę wyprawę- mała, lekka, dużo futerka, no i zawsze na czterech łapach.
Ja odziana w dwie pary spodni, bluzę i kurtkę na wszelkie kataklizmy czułam się i wyglądałam jak zapaśnik sumo, a i tak na samej górze o mało nie zamarzłam, nie mówiąc już o basenie w butach. Brakowało tylko stroju kąpielowego.

Szlaki w ukraińskich górach rzekomo istnieją. Piszę „rzekomo”, bo jest ich jak na lekarstwo i chyba prędzej dojrzy się dzika wśród drzew niż uświadczy turystyczny szlak. Będąc na wysokości około 1400 m n.p.m., na szczyt Żandarma nie było wcale aż tak daleko. Żandarm liczy sobie mniej więcej 1780 m n.p.m. Zanim rozpoczęliśmy prawdziwe wspinanie, uznałam, że taka odległość to pikuś.

Nic bardziej mylnego.

Wypatrzyliśmy szlak, którym żwawo szliśmy około 15 minut, upaprani w śniegu nad kostki. To jednak była najprzyjemniejsza część zdobywania szczytu. Po drodze udało się uwiecznić piękny szafran spiski, potocznie zwany krokusem. Nie mogliśmy obejrzeć go w pełnej krasie, nie mniej jednak ze śniegiem dobrze sobie radził, a taka siła i odwaga zasługuje na poklask i obowiązkowe zdjęcie do albumu. Uroczy, nie ma co.

Powoli budzi się do życia :)


Żulia dalej towarzyszyła nam w podróży, choć byliśmy przekonani, że po pierwszym zakręcie zawróci. Szlak się skończył, widzimy szczyt Żandarma. Czas na porządne, strome wspinanie, okupione okrutną zadyszką, ciągłymi postojami i strachem. Najzwyklejszym strachem. I to z mojej strony, Dawid radził sobie dzielnie i zawsze był na przedzie.

Śnieg sięgał już kolan. Czułam wodę w butach i mokre spodnie. Nawet nie chciałam myśleć o tym, w jakim stanie będę schodzić i czy potem ciężko tego nie odchorujemy. Nie widziałam, co znajduje się pode mną. Spacer często polegał na deptaniu kosodrzewiny czy niskich drzew, które były pokryte białym puchem.

Żulia dogania Dawida. Ja pasuje. Dostałam takiej zadyszki, że obawiałam się ataku serca. Siadam na śniegu, dokoła śnieg, przede mną daleko śnieg, za mną szczyt i śnieg. Z racji wysokości wiatr mnie nie łaskocze, wiatr mnie trzaska po pysku. Jest cholernie zimno, ale po co komu rękawiczki.

Wytrwała do końca!


Dawid powoli dociera na szczyt, wchodzi na skałę. Widzę, że robi zdjęcie. Mija chwila, dwie, trzy... Coś za długo tam stoi, ani wte ani wewte. Szczyt Żandarma w odległości zaledwie kilku metrów, gdy nagle, z jego lewej strony zaczyna osuwać się śnieg. Jeszcze lawiny brakowało... Ja dalej siedzę, nie ruszam się za bardzo, krzyknąć do Dawida nie mogę, bo jeszcze zrobię nam krzywdę, ale niechże schodzi w końcu...

Żulia zdążyła już do mnie podbiec, położyć mi się na kolanach, najpewniej zwyczajnie znudzona czekaniem na górze. Wiatr dalej trzaska w pysk, może i jeszcze bardziej, bo siedzę dobre pół godziny, niebo zaczyna szarzeć. A w głowie wizualizuje sobie kolejną lawinę...

Na szczęście Dawid powoli, ostrożnie zaczął schodzić tyłem, na czterech kończynach- jak Żulia. Wszystko po to, by nie spowodować kolejnego osunięcia się śniegu. Kolejne 10 minut minęło, ale w końcu w trójkę zeszliśmy ze stromizny.

Selfie na skale. Wcale nie było tak O.K.


Tak najszybciej łapie się słońce ;)


W planach były jeziorka. Tyle, że ich położenie nie do końca było znane, a gonił nas czas, no i też świadomość, że żaden kawałek naszej odzieży nie był suchy. Żulia czekała na nas cierpliwie, wyprzedzając nieznacznie, kiedy się zbliżaliśmy. Zejście wcale nie okazało się łatwiejsze. Zadyszki może mniej, tempo szybsze, ale ja co chwilę lądowałam rękami w śniegu, co potem skutkowało odmrożeniami. W butach to już dawno przestał być basen, tylko aquapark czy kompleks wodnych zbiorników ze zjeżdżalniami...

Darmowe czyszczenie butów


W końcu trafiliśmy na poprzedni szlak, po drodze minęliśmy piękne skupisko kaczeńców i mogliśmy nacieszyć się w spokoju widokiem gór. Góry piękne, w maju pełna zima. Poleciłabym sobie jednak następnym razem lepsze przygotowanie, trwalsze i nieprzemakalne buty. No i rękawiczki.




Na szczęście nasz dobytek czekał na kuchennym zapleczu, ochoty bratania się po raz trzeci jednak nie było. Latarnie dawno świeciły, bo i powrót zaliczyliśmy dość późno. Tym razem jednak nie mogliśmy odpuścić ogniska, chociażby ze względu na potrzebę porządnego rozgrzania, no i wysuszenia rzeczy. Przygotowanie drewna chwile zajęło, Dawid wpadł na genialny pomysł ogrodzenia się karimatami przed wiatrem. Dzięki jego uporowi ogień poszedł w ruch na dobre kilka godzin, podczas których prawie zasnęłam, oparta na jego plecach. Wcześniej jednak przygotowałam mistrzowski posiłek z zupki instant i wcześniej podsmażonego kawałka boczku. To dopiero była wyżera!

A gdzie Żulia w tym wszystkim? A Żulia poszła z nami, znalazła sobie miejsce do drzemania i była naszym Aniołem Stróżem :) Do samego końca przygody z ośrodkiem narciarskim w Darhobrat. Trzeba przyznać, że to psina o dobrym sercu, jednak zdecydowanie o wrażliwych kubkach smakowych. No, ale kto po takim fizycznym wysiłku połasiłby się na chleb? No kto?





Czytaj dalej...

Kraina miodem płynąca! Jaremcze!

Noc nieprzespana, a i przed południem wyruszyliśmy dalej, byle przed siebie. W góry!

10 km spaceru, buty zaczynają uwierać, jakoś ciężej się na plecach robi, więc postanawiamy zatrzymać się na przystanku autobusowym. Całe szczęście szybko złapaliśmy podwózkę u chłopaka, który wywiózł nas już na główniejszą drogę na Jaremcze. Tam chwilowy postój w celu zreperowania prującego się pokrowca do namiotu, zakup zimnych napojów i szybki skok w celu opróżnienia pęcherza. Dla mnie niestety niefortunny, źle nadepnęłam na kamień i przez kolejny dzień marsze okupione były bólem. Jak to się mówi? Twardym trzeba być, nie miętkim?

Kolejny kierowca wysadził nas w jakiejś małej miejscowości i stamtąd poruszaliśmy się tylko marszrutkami, robiąc przerwy na wysiorbanie piwa z butelki czy zakup maści na stłuczenia w aptece. Dawid stał się właścicielem taniego jak barszcz cygara o waniliowym aromacie. Wyzierała z niego paskudna słodycz, porównywalna do kadzidełkowych wynalazków, po których mdli jak diabli… Jakimś cudem to wypalił i jakimś cudem nie zwymiotował. Dzielny, a co!

 Jak już wspominałam wcześniej, marszrutki z wioski do wioski kosztują grosze, a zależało nam na czasie, więc nie bawiliśmy się w stopowanie od skrzyżowania do skrzyżowania. Góry ważniejsze, tam trzeba spędzić jak najwięcej czasu!

Zielono mi...


Do Jaremczy dostaliśmy się wieczorem, na szczęście nie byliśmy skazani na samotny marsz po nieznanych terenach, bo przed odjazdem autobusu Dawid poznał Vitalego, który zaproponował pomoc i piwko. Miasto bardzo urokliwe, stanowi główny ośrodek wypoczynkowy na Ukrainie. Za dnia centrum jest pełne ludzi, straganów, sklepików sprzedających pamiątki. Dzieci bawią się na dmuchanych zjeżdżalniach z widokiem na piękny wodospad. To w Jaremczy jest jedyny i niepowtarzalny most kolejowy, którego przejście wymaga wielkiej odwagi. W jego dole płynie rwąca rzeka, kamienne płyty wydają się solidne, ale szpary między nimi mrożą krew w żyłach. Dla tych, którzy mają lęk wysokości (ale taki prawdziwy)- nie polecam.

Nie zdziwiałbym się, gdyby oryginalnie nazywano ten most "Mostem śmierci" ;)

Jaremcze to także poczta, która nie sprzedaje kartek i która zamyka się o wczesnych godzinach.

To także miasto wspaniałych oscypków, bryndzy i innych domowych wyrobów, jak marynowane grzyby, papryki chilli, wina, zioła. Wszystko, czego dusza zapragnie. A tu można sobie na to pozwolić, bo ceny podobne jak w Polsce… tylko tej z lat 90-tych. Kilogram bryndzy kosztuje 80UAH, czyli jakieś 15PLN. Kilo sera! Gdyby człowiek nie targał wiecznie tego plecaka i zazwyczaj jakiejś dodatkowej siaty, to bierę od razu.

Fifki, dzbanki, łopatki, podkładki.. co chcecie!

Miody, miody i jeszcze raz miody... Wina, kompoty- raj!


W Jaremczy poznaliśmy hucułów, czyli górali zamieszkujących wschodnią część Karpat, którzy prowadzili restaurację, zagrali na żywo piękną huculską muzykę i pogawędzili trochę. Urzekły mnie ich proste koszule z równie prostym, ale ładnym haftem. Urzekło mnie to, że wszystkie pokolenia nosiły tradycyjne stroje. Od młodocianych do starszych ludzi włącznie. Wszyscy byli niesamowicie pomocni i gościnni, jednocześnie nie oczekując niczego w zamian. 

Sama restauracja, którą odwiedziliśmy, była urządzana w góralskim stylu. Drewno, kominek, haftowane obrusiki, ludowe stroje i ręcznie zdobione naczynia. Większość wisiała na ścianach i cieszyła oczy odwiedzających. Lokal urządzony ze smakiem, aż czułam, że w tych obdrapanych ciuchach tam nie pasuje…

Huculska restauracja, huculskie dekoracje

Restauracje restauracjami, ale na uwagę zasługuje pierożkarnia, która słynie z serwowania niestandardowych pierożków z farszem. Niestandardowych w naszym rozumieniu, bo nie chodzi o pierogi, a  o dobrze wypieczone ciasto w kształcie pieroga. Jeden pierożek to dobra przekąska, a dwa pierożki to już fajna kolacja. Pierożek z ziemniakami, z grzybami, z mięsem, z podrobami, na słodko… do wyboru do koloru. Nie mogliśmy się zdecydować, więc suma sumarum podczas kilku wizyt spróbowaliśmy wszystkich słonych wersji ;) Na ciepło jeszcze lepsze! Pierożki zawładnęły mym sercem.
Niepozorny pierożek, ale wielki :)

Banosz- lokalna potrawa z mąki kukurydzianej, z bryndzą i świeżym koperkiem. Tanie, syte i pyszne przede wszystkim!


Na uwagę zasługuje również ‘atrakcja’, która w godzinach wieczornych była bezludna, a wejście kosztowało raptem 3zł za łebka. Nazywam to ‘atrakcją’, ponieważ doszły nas słuchy, że była to rezydencja prezydenta, czy właściwie jeden z jej elementów, ale Internet niewiele mi na ten temat powiedział. Przekraczając kasę, mieliśmy możliwość zapoznać się z przeróżnymi gatunkami zwierząt. Ptactwo wszelkiej maści, od bażanta, przez pawia, do sowy. Wszystkie zamknięte w klatkach, ale bardzo zadbane i zdecydowanie przyzwyczajone do widoku ludzi. Im dalej w las, tym większe zwierzęta napotykaliśmy na swojej drodze. Dawid nawet dyrygował dzikami, które na jego machnięcie ręką zaczynały przeraźliwie kwiczeć, chrumkać, czy co tam robią dziki… Zabawę miał przednią, mógł tak bez końca.
Małe randez-vous?

Głodne to było, dzikie, ale koncert był niezły ;)

Jak wspomniałam, postać Vitalego przewijała się przez cały wieczór. Chłopak bardzo dobrze mówił po polsku, bo, jak to spora część Ukraińców, po prostu wyjechał do Polski na studia i za pracą. Polska oczami Ukraińca, to trochę tak jak UK naszymi oczami: bogate państwo, ładne drogi, pracy nie brakuje… Vitali zaprosił też swoją dziewczynę, Veronicę, która została wystawiona na ciężką próbę: musiała się ze mną jakoś porozumieć. Mój ukraiński był nieco lepszy, niż jej polski, ale w sumie dogadanie się nie było bardzo problematyczne, nawet nie musiałam zbyt dużo gestykulować. Obydwie wpadłyśmy w pułapkę gadulstwa chłopaków, bo piwkowanie pod drzewkiem było przyjemne, tyle że nie wyrabiałyśmy z zimna. Owinęłyśmy się szczelnie śpiworem i całe dygotałyśmy, podczas gdy chłopaki w cienkich bluzach wydawali się zupełnie nieprzejęci temperaturą, która na tamtą chwilę była pewnie powyżej zera, ale zakładam, że niewiele więcej.

Alkohol nie rozgrzewa, oj nie...
Noc była wyjątkowo spokojna i ciepła, bo w otoczeniu drzew. Co prawda przed spaniem podjęliśmy próbę rozpalenia ogniska, ale wcześniejsze deszcze utrudniły nam to zadanie i koniec końców, po godzinie strojenia, wskoczyliśmy do namiotu, żeby się ogrzać. Z rana czekało nas szybkie zwinięcie maneli i wyjście z miasta, by zbliżyć się do ośnieżonych szczytów!



Czytaj dalej...

Bezpieczeństwo na drodze przede wszystkim!

W końcu wydostaliśmy się ze śmierdzącej oazy. Słońce paliło w karki, ale przecież chyba lepsze to niż kąpiel w gównie. Kierowaliśmy się na północ, najlepiej za Marrakesz, otrzymując w międzyczasie podwózkę od kolejnego serdecznego Marokańczyka, którego nowym powołaniem była rola przewodnika (bynajmniej nie za pieniądze). Pośrodku niczego był w stanie wskazać nam kozy chodzące po drzewach, kozy rodzące, drzewka migdałowe i oliwne, czy specjalne, stare berberyjskie zbiorniki, których celem było gromadzenie wody głównie dla zwierząt gospodarskich. Dzięki jego uprzejmości ten upalny dzień nie okazał się wcale aż tak upalny. Podczas pożegnania kierowca wyglądał na bardzo zmartwionego naszym dalszym losem, więc postawił noc w hotelu i zadbał o to, byśmy nie byli głodni. Sprawdziła się teoria, że może i ludzie, którzy żyją z turystyki będą chcieli oskubać innych z piórek, ale za to reszta jak do rany przyłóż: podwiozą, pogadają i jeszcze posiłek zaoferują. A to przecież nie pierwszy i nie ostatni taki przypadek! Wspólna fotka i czas się rozstać :-)




Berberyjskie zbiorniki na wodę

Nasz wybawca



Noc z Tafraoutu została odespana. Obudziliśmy się grubo po 11, więc po szybkiej ‘kąpieli’ w hotelowej umywalce wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta i lokalnego souku w Inezagne. Wszystkie uliczki wyglądały identycznie, więc zgubienie się w ich labiryncie i gąszczu ludzi naprawdę nie było trudne. Ten souk był raczej miejscem dla mieszkańców, nie było na nim nic turystycznego, jednak jeden sprzedawca nawet pokusił się o targowanie za kawałek szmatki. 
Cóż, jeśli byliście kiedykolwiek na Dworcu Świebodzkim we Wrocławiu w niedzielę, to jest to dobra zapowiedź tego, co działo się w Inezgane. Smar, mydło i powidło w najczystszej postaci: ciuchy, elektronika, sprzęty domowe, pościele, żywe zwierzęta, kurniki obok fryzjerów, brakowało sprzedaży obornika obok kosmetyczki. Nic nie przebiło jednak gastronomii w wydaniu Marokańczyków, która to znajdowała się na szarym końcu targowiska i wszelkie normy, przepisy BHP mogły się schować, naprawdę. Syfiasta buda z panem, który nie wiedział co to rękawiczki. Obok tej budy walające się śmieci, a za stołek do siedzenia robiły oblepione tłuszczem skrzynki po napojach. Madzia Gessler miałaby co robić. Nie mniej jednak, jedzenie było nie do podrobienia. Po raz kolejny raczyliśmy się chlebkami z mięskiem i szklaneczką fanty za jedyne 1-2zł od łebka. Na innym stoisku pan wyciskał soki z cytryny i trzciny cukrowej – słodka śmierć :P Uprzedzam pytania, nasze żołądki i tyłki nie cierpiały potem z tego powodu ;) I odradzam kupowania baterii ze stoisk mocno nasłonecznionych, bo najprawdopodobniej w ogóle nie zadziałają. Ot, taki nasz nieogar ;)



Uraczony herbatą i koktajlem :)

Nasza 'knajpa'
Souk

Polska lata 80-te ;)

Najsmaczniejsze ślimaki jakie jadłam

Dostanie się na wylotówkę do Marrakeszu zajęło nam sporo czasu, a i zaczęliśmy powątpiewać, czy jest sens łapać dalej, czy może lepiej jednak przenocować w krzakach.

Raz KOZIE śmierć.

Próbujemy, choć nastroje nie były najlepsze, a każdy mijający nas samochód tylko bardziej pogarszał sprawę, ale w końcu…. Jest! Oto ona, nasza pierwsza ciężarówka na marokańskiej ziemi. Ciekawość nas zżerała, więc bez namysłu decydujemy się na transport. Powitało nas dwóch panów, z czego jeden nawet umiał francuski, drugi okazał się po prostu sympatyczną niemową, może od czasu do czasu zdecydował się powiedzieć coś po arabsku. Na pierwszy rzut oka tylko wnętrze odbiegało od standardów europejskich, bo Marokańczycy generalnie lubią wszystko ozdabiać dywanikami i frędzelkami. Jak dla mnie to urocze, robiło się tak jakby przytulniej, ale jestem babą, więc wiecie ;)

Przed nami długa droga, bo jakieś 3h, więc panowie zadbali, by poprawić nam nastroje. Można powiedzieć, że od samego początku podróży do jej końca ciężarówka była w dymie, ale nie papierosowym (if you know what I mean). Nie wiem, czy zdobyłabym się na odwagę wsiąść z nimi, gdybym wiedziała, że palą jak stare smoki. Co więcej nie tylko dojechaliśmy szczęśliwie do celu, ale również byliśmy gośćmi na marokańskiej dyskotece. Kierowca upalony z oczami jak Chińczyk uraczył nas arabską muzyką na zmianę z europejskimi hiciorami, włączył rozmieszczone w całej ciężarówce kolorowe lampki, które migotały i brakowało jeszcze tego, żeby pozwolił Dawidowi kierować, ale na szczęście to się nie stało. W tym stanie błogości tylko ja nie uczestniczyłam, raczyłam się co najwyżej zapachem, ale kierowca najwyraźniej miał dużą potrzebę znalezienia mi zajęcia, więc wykręcił numer do jednej ze swoich czterech żon i tak po prostu miałam sobie poplotkować. Kochany on!

Zaczyna się robić śmiesznie ;)
Ciężarówka jakoś jedzie, nastroje przednie, szczerze mówiąc nie wiem, czy byliśmy widoczni dla innych kierowców, ale byłoby nudno, gdyby marokańska policja nie chciała zrobić kontroli. Samochód staje, ja trochę sztywna i nic się nie odzywam. Już nawet jestem gotowa jechać z tymi szaleńcami dalej, byle nie nocować na pustkowiu, czy w jakimś areszcie. A przypominam, że cztery osoby w ciężarówce to zdecydowanie za dużo i można za to zwinąć karę.



Nasz ucieszony Marokańczyk, który stał się Chińczykiem nie przestraszył się jednak. Dzielny jak lew wyciągnął dokumenty, wsadził między nie banknot i ucieszony przekazuje policjantowi. Niespełna 5 minut później po prostu ruszamy dalej… Tak się załatwia sprawę w Maroku. Czterech pasażerów, trzech upalonych, mała widoczność drogi podejrzewam, a do tego niezapięte pasy- no bezpieczeństwo na najwyższym poziomie!

Abstrahując już od mało odpowiedzialnego podejścia, znów byliśmy świadkami ich gościnności, pozytywnego nastawienia i chęci niesienia pomocy. Nie pisałam o tym wcześniej, ale również i w tym przypadku poczęstowano nas ciepłym posiłkiem i sokami, więc brzuchy nie miały powodów do narzekań.

Pozdrawiamy panów z ciężarówki i polecamy wszystkim autostopowiczom ten rodzaj transportu! :D


Czytaj dalej...

Stary człowiek i może...

W odruchach swoich ludzkich dość normalnym zjawiskiem było, że widok starszego pana mnie rozczulał. Może nie do końca KAŻDEGO starszego pana. Rozczulał mnie widok dziadka (tutaj po prostu starsza osoba), którego twarz mówiła, że wiele w życiu przeżył. Rozczulał mnie widok dziadka, któremu do przeżuwania jedzenia zostały dwa zęby. I rozczulał mnie widok dziadka, który mimo trudów życia potrafił się szczerze uśmiechnąć i powiedzieć, że żyje się mu dobrze.

Rozczulał, bo już nie rozczula.

Potraficie sobie wyobrazić chudego jak szczypior pana w wieku 80+, który w gruncie rzeczy ledwo stoi na nogach, a po głowie chodzi mu jedno? Ja sądziłam, że po pewnym okresie życia wszelkie zachcianki i myśli o mizianiu wyparowują z mózgownicy. Przekonałam się jednak, że nie. I to przy okazji wizyty w marokańskiej mieścinie Sidi Ifni. Co więcej, razem z moim body guardem!
Otwartość Marokańczyków na początku mnie zadziwiała. Nawet mężczyźni w stosunku do siebie wymieniali całusy, łapali się za ręce. Normalna rzecz, przecież kobiety też w ten sposób funkcjonują. Dlatego wszelkie przejawy otwartości wobec mnie, np. całus, poklepanie po ramieniu, przytulenie, traktowałam jako coś miłego i że oni tak po prostu mają. I na czymś takim można relacje budować, gorzej, jeśli dziadek ‘ledwo widzę i stoję’ uśmiecha się, ukazując swoje dwa czarne zęby i jednocześnie maca mnie po tyłku. Wyobrażacie sobie? W pierwszej chwili włączyłam wszystkie swoje procesy myślowe. Dać po łapach, dać się obmacać, czy może grzeczniej jakoś? Postanowiłam rękę odtrącić, pokazać, że nie wolno i się głupio uśmiechnąć. Nieważne, czy dziadek znał jakikolwiek inny język niż arabski, bo ten, w którym dostał komunikat, jest dość uniwersalny i można jasno zrozumieć przekaz.

Jak możecie się domyślić, po lewej dziadek Hussein ściśle kontrolujący, czy mi się dobrze śpi :P

Skądże… Dawid w najlepsze siedzi naprzeciwko mnie, ale dziadek niezrażony i znowu wykorzystuje okazje do przytulenia i pomasowania plecków. Nie wiem, co to panu dało, bo i chyba sprzęt nie działa już tak jak powinien, ale widać, że nie daje za wygraną. Nawet powołanie się Dawida na mojego brata i zagrożenie, że Allah patrzy i Allah ukarze sprawdziło się częściowo, bo dziadek dał sobie spokój na noc, ale rano przy śniadaniu ręce znów powędrowały w dół moich pleców. Poważnie, kolejna podróż odbędzie się z paralizatorem albo dmuchaną lalką, może i dziadka takie rozwiązanie zadowoli. Bo czego dziadkowi nie można odmówić, to na pewno uporu. Gdybyśmy zostali na dłużej, pewnie by palił głupa dalej, na szczęście po śniadaniu odmaszerowaliśmy, zostawiając pana samego z jego zapewne obrzydliwymi fantazjami :-]

Niesmak niestety pozostał, bo dziadziuś miał rozczulić, a zamiast tego po prostu mnie wkur*** :P

Wnętrze namiotu, w którym spędziliśmy noc wraz z podekscytowanym dziadkiem :P

Zdjęcie namiotu z zewnątrz po ucieczce od niezaspokojonego dziadka Husseina :P


Przypominam, że jeśli macie jakieś pytania, to śmiało możecie pisać w komentarzach lub wbijajcie na fanpage https://www.facebook.com/Przekornie?fref=ts :)

Jeśli chcecie zaś zobaczyć na własne oczy krótką relację z wizyty w namiocie z dziadkiem Husseinem, to zapraszam na https://www.youtube.com/watch?v=f5bZxJfp47s Akcja właściwa od 3:45 do 4:40 :-)
Czytaj dalej...

Gotuj z bezdomnym- majoun z czekoladą!

Autobus miejski pozostawia po sobie ślad spalin, a my lądujemy w Agadirze.
W środku Agadiru.
W samym centrum turystycznym Agadiru.

Świeeeeetnie… Godziny nie pomnę, ale słońce już skończyło swą pracę, więc można było śmiało wywnioskować, że i późno się robi. Czułam się jak w Sopocie, czy innych nadmorskich mieścinach, bo neony, migające światełka, szeroko otwarte restauracje, które zachęcały muzyką, krzyczały wręcz by wskoczyć i wydać ze 20 euro na kolację dla jednej osoby. Wszystkie sygnały z nieba mówiły nam, że życie zaczyna tętnić wieczorem, więc ochoczo podjęliśmy próbę… spierdzielenia stamtąd jak najdalej! Byle za miasto, a jak nie za miasto, to tam, gdzie nas te cholerne neonki nie dosięgną… i wredne, nachalne dzieciaki, które od turystów nauczone są dostawać aparaty fotograficzne, bo bez skrępowania i z pianą w ustach życzą sobie drogi sprzęt zamiast 5DH na jakieś słodycze. No kto to widział ;)

Ruszyliśmy przed siebie, byle iść, bo na jakikolwiek inny autobus nie mogliśmy liczyć, a i taxi w mieście to drożyzna, więc z uporem maniaka i winem za 4 Euro próbujemy przelecieć ten Agadir, ale jakby końca nie widać, a nogi coraz bardziej wchodzą w cztery litery. Nie wiem, jak mogliśmy być tak naiwni, że po tylu godzinach lotu, przeprawach z taksówkarzem i przechadzce po Inezgane jeszcze będziemy mieć siły, żeby przeprawić się przez gigantyczne miasto. I nawet nie senność była najgorsza, tylko właśnie to, że nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Chciałam nawet skorzystać z możliwości przycupnięcia na pierwszy lepszy murek, żeby odpocząć, to okazało się, że murek chyba ze złota i żaden gołąb ani obdartus siadać tam nie mogą, bo straż zareagowała od razu i w poważaniu moje zmęczone nogi miała. Nie usprawiedliwię nawet tego, że murek, na który chciałam usiąść, był częścią rezydencji króla, która strzeżona była z każdej strony i założę się, że pierdnięcie na ogródek też byłoby surowo ukarane.

No ale nic to, obeszliśmy teren i oczom naszym ukazały się jakieś krzaczorki. Klimat jak z horroru, bo ciemno, cicho i brudno, ale wino z siatki krzyczało, a i ja byłam gotowa w tych krzakach się po prostu przespać. Zaczęliśmy uwijać sobie swoje gniazdko, skombinowaliśmy kamienie do podparcia tyłka, Dawid zaczął rozglądać się za czymś, co przypomina korkociąg, a wtem… z  ulicy wyłania się gość, którego wzięłam od razu za jakiegoś narkomana, naciągacza, czy co kto woli, ale zdania dobrego na pewno o nim nie miałam. Tak się złożyło, że ów nieznajomy zaciekawił się dwójką nietypowych osobników, bo od razu zaczął rozmowę po francusku i na szczęście nie zapytał, czy chcemy jedną, czy dwie kulki w łeb, a czy wszystko tu w porządku i czy spokój względny panuje. Wtedy jeszcze nie mogłam wiedzieć, jak wspaniałą przygodę przeżyjemy i raczej każdemu zapaliłaby się czerwona lampka nad głową, by trzymać się od gościa z daleka, ale tak się złożyło, żeśmy przyjęli zaproszenie do „mieszkania”.

Stop w krzakach i próba otwarcia wina :)

Czas przemyśleć, które krzaki na noc wybrać...
I tu pojawia się kolejny absurd, bo wyginamy śmiało ciało przez chaszcze, zastanawiając się, na jakim zadupiu można mieć TO mieszkanie, ale wyłania nam się w ciemnościach egipskich jakaś chatka, która na pierwszy rzut oka jest konstrukcją z kijków i liści palmowych przetkanych przez te kijki. Za drzwi robi prześcieradło, a w środku po prostu rezydencja letnia Aimeda (imię nowo poznanego). Myślę sobie, że może jest tak ciemno, że ja tych betonowych ścian nie widzę, a drzwi się zdematerializowały i jak przyjdzie nam się obudzić rano, to jednak będę czuć się jak w rezydencji letniej króla ;) Jednak rano okazało się, że to nadal rezydencja letnia Aimeda, a spanie pod gołym niebem z kociakami było jedną z lepszych decyzji, jaką podjęliśmy podczas tego krótkiego wyjazdu. Wieczór zapowiadał się długi, a nie przesadzę, jeśli napiszę, że byliśmy traktowani przez Aimeda po królewsku. Kazał nam usiąść na czymś, co przypominało materac okryty kocem, na którym to bawiły się kociaki. W tym czasie Aimed zaczął parzyć wodę na herbatę i nieśmiało zagadywał, skąd jesteśmy i co my tu robimy. Dla klimatu odpalił świeczki i spożyliśmy winiacza grając w karty. Zaskoczyło mnie, że kiedy egipskie ciemności ustąpiły, to ukazało się nam „pomieszczenie”, w którym może i było sporo gratów, ale kącik do spania Aimeda był czysty i uporządkowany. Wbrew pozorom wszystko miało swoje miejsce i czułam się tam komfortowo. Noc była naprawdę ciepła, kociaki w końcu usnęły,  a nam nie pozostało nic innego jak skorzystać z zaproszenia i również przenocować.

Jeden z najbardziej uroczych kociaków Aimeda

Wejście do "chatki" i część gratów
Spooky klimat, dziecięcy parasolek

Część kuchenna chaty



Wrażeń tego wieczora nam nie brakowało, ale tak naprawdę zabawa dopiero się zaczęła. Z samego rana Aimed skądś wykombinował pieczywo i serki, ale zapowiedział również grubą lekcję kultury marokańskiej. Co to znaczy? A no znaczy to, że zechciał zaserwować nam na drugie śniadanie marokański majoun. Myślę sobie „jakieś ciasto lub babeczka”, ale miało być to o wiele mniej smaczne doświadczenie. Za to kopiące w głowę…
Majoun można nazwać swojego rodzaju daniem, który w wersji Aimeda składał się z oliwy, wody, czekoladowych batoników, no i najważniejszego składnika, jakim była marihuana. Roślina z łodygami i liśćmi lądowała do gara przeznaczonego do gotowania tajinu (marokańskiej potrawy), zalewało się to odrobiną wody oraz oleju i gotowało przez dobrą godzinę. Przyznać muszę, że zapach był przyjemny dla nosa, chociaż dla oka nie wyglądało to ciekawie – brązowo-zielona ciapa. Następnie odsączało się liście i rozkruszało czekoladę do ciemnozielonej cieczy. Nadal nie wyglądało dobrze, a i jak się okazało w smaku dziadostwo było tak intensywne, że ledwo przechodziło przez przełyk. Miałam wrażenie, jakby ktoś do gardła wrzucił mi naraz popielniczkę petów, ale Dawid się zajadał… On w końcu przełknie wszystko ;-) Udało mi się skonsumować dwie łyżeczki i to chyba dlatego, żeby nie zrobić przykrości gospodarzowi. Po majounie Aimed zaproponował również zapalenie shishy, którą odkopał i odkurzył ze stosu gratów. Nie chcę nawet wiedzieć, przez kogo była palona i jakie bakterie się tam znajdowały, tym bardziej, że gospodarz krążył dziwnie wokół chatki w poszukiwaniu aromatu do tej shishy. Nie pytajcie, skąd go wziął, bo prawdopodobnie z kosza... Wrażenia smakowe po raz kolejny nie moje, chyba nie bawią mnie takie rzeczy :P Nie mniej jednak jestem bogatsza w doświadczenie, wiem, że nie powtórzę :P

W oczekiwaniu na majoun, dziennik Aimeda koło mojego plecaka

Gospodarz we własnej osobie :)

Aimed pochwalił się również swoim starym dziennikiem. Dla mnie był to zbiór nic nieznaczących obrazków powklejanych przypadkowo. Z początku nie mogłam doczytać się sensu, bo właściwie nie było w nim nic zapisane, ale Aimed skrupulatnie, strona po stronie, zaczął tłumaczyć nam, co te ilustracje oznaczają. Przedstawił nam historię swojego życia, jego ciężkiej przeszłości, teraźniejszości, jego pragnień i marzeń, jak wyobraża sobie swoje życie za jakiś czas. Byłam kompletnie zaskoczona tym, jak ten człowiek ma poukładane w głowie, że ma cele w życiu i marzenia, że mimo tego, gdzie mieszka, nie poddaje się. Do tej pory obraz bezdomnego w mojej głowie jawił się w niekorzystnym świetle, ale po nocy spędzonej u Aimeda zmieniłam zdanie, całkowicie. Ten człowiek oddałby nam wszystko co miał (notabene, dostałam od niego kilka souvenirów), codziennie stawiał sobie cele, codziennie marzył i miał nadzieję, że z tego wyjdzie. Nie załamywał się. Gdyby nie to, że czas nas bardzo gonił, pewnie zostalibyśmy z nim dłużej.

Pożegnanie z kotkami

Wyruszyliśmy przed siebie ze łzami wzruszenia w oczach, a poznaliśmy człowieka raptem kilkanaście godzin wcześniej. O godzinie 17 opuściliśmy jego szałas, by złapać coś na południe. Doświadczenie jedno na milion, nie do opisania słowami, pomimo że nasz ojczysty jest raczej bogatym językiem. Przez jakiś czas odczuwaliśmy jeszcze pustkę i smutek  w oczach Aimeda, kiedy mówiliśmy, że musimy już iść, był największym ciosem, jaki mógł zadać. Wierzyliśmy głęboko w to, że w drodze powrotnej do niego zajrzymy. Niestety, nie udało się.

Wspólne selfie :)
PS Efekty majounu pojawiły się z opóźnieniem. Nie zjadłam go wiele, ale wystarczyło, by zakręciło się w głowie na jakiś czas. Do tego palące słońce, mało wody, mało jedzenia i karuzela murowana :D Żeby Wam bardziej zobrazować, czym ten majoun jest zapraszam do obejrzenia: https://www.youtube.com/watch?v=vHzCokIXviY i dalszej części https://www.youtube.com/watch?v=3N3TJyF1AX0  :-)





Czytaj dalej...
Smak na podróż © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka