Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

Słodki smak granatu


Jedni, na fali wstrząsających wydarzeń w całej Europie, dostają gęsiej skórki, słysząc to słowo. Innym kojarzy się ono przede wszystkim z przepysznym, słodkim i soczystym owocem, który dobrze koi pragnienie, wygląda bombowo i przyjemnie strzela w ustach.

Można go znaleźć w większości supermarketów, coraz częściej u lokalnych sprzedawców, chociaż cena tego cuda dalej odstrasza. Jeden owoc granatu potrafi kosztować od 3,50zł do nawet 5zł. Zdrowa, aczkolwiek droga zachcianka, prawda?

Owoc ten nie tylko zaspokoi nasze pragnienie i głód, ale ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie. Pomaga w leczeniu stanów zapalnych, obniża ciśnienie tętnicze krwi, a także zmniejsza ryzyko pojawienia się komórek nowotworowych. Ze względu na swoje właściwości jego inna nazwa to „owoc życia”. I może rzeczywiście coś w tym jest? Może dieta wzbogacona o ten owoc jest receptą na długowieczność?

Fascynacja tą słodyczą narodziła się właśnie w Maroku, gdzie na lokalnych soukach sprzedawcy wystawiali kraty pełne granatów, połyskujące w słońcu, niesamowicie dojrzałe i nęcące. Chcesz spróbować? Dostaniesz za darmo, ale lokalni kupowali je na kilogramy.

Granaty były idealnym uzupełnieniem obfitego, ale nie ciężkiego obiadu. Królowały na stołach, aby za chwilę być rozdarte na pół i pozbawione cukierkowego wnętrza. Dzieci nie chodziły z czekoladą w ustach, czy lepiącymi się lizakami. Dzieci zjadały drobne kuleczki owocu z miseczek, zaśmiewając się przy tym uroczo.

Marokański klimat sprzyjał sadzeniu drzew, z których zwisały wielkie, dojrzałe czerwone kule. Zupełnie jak u nas jabłka. Widok fantastyczny, a i nikt nie miał nic przeciwko, by takim granatem z drzewa się poczęstować. W którymś momencie moja torba pękała w szwach, bo co milsi Marokańczycy, troszcząc się o zadowolenie naszych brzuchów, dorzucali nam tych dobroci w ilościach przekraczających zdrowy rozsądek. Kto by pomyślał, że ten owoc stanie się, przynajmniej dla mnie, symbolem polsko-marokańskiej przyjaźni :-)

Dlatego Moi Drodzy, jeśli nie mieliście jeszcze możliwości skosztować tej dobroci, koniecznie to zróbcie. A Ci, którzy pierwszy raz mają już za sobą, niech wprowadzą „owoc życia” do swojej stałej diety. Najbardziej jednak polecam zerwać go prosto z marokańskiego drzewa, przysiąść i delektować się smakiem i faktem, że wszystko co kradzione, nie tuczy ;-)

Chciałabym też skorzystać z przedświątecznej okazji, życząc Wam Świąt w gronie najbliższych, wyciszenia, smacznego jedzenia i wymarzonych prezentów pod choinką, a także owocnego roku 2017!


Czytaj dalej...

Złoto Al-Husajmy

Za oknami prawdziwa, polska, złota jesień. Żeby nie powiedzieć, że zima za pasem…

Moje myśli jednak stale krążą wokół przyjemnego gorąca, przypiekającego moje zgrzane poliki.
Wracam jak bumerang do Maroka- miejsca bardzo różnorodnego, ale może przede wszystkim do ludzi, których dobroć nie dała o sobie zapomnieć przez cały ten rok rozłąki. Łaknęłam jej, a kiedy ją dostałam, nie mogłam się nasycić.

Stanęliśmy na małej plaży. Na piasku, który schładzał nasze stopy i niewiele innych. Październik to nie sezon na morskie kąpiele. Ale żeby na spacery nie wychodzić?

Chłoniemy widok spokojnych fal, relaksujemy zbolałe nogi, jesteśmy w Al-Husajmie. Nie mam nic do Bałtyku, ale Morze Śródziemne zachwyca swoim błękitem. Zachwyca spokojem i nienachalnością. Wystarczy patrzeć i oddychać, a harmonia przyjdzie sama.






Noce były ciepłe, aż 18 stopni. Nie było innego wyjścia- musieliśmy spać na klifie. W końcu widok wschodzącego słońca po 6 nie należy do najczęstszych. A widok wschodzącego słońca po 6 w Maroku, na klifie, przy Morzu Śródziemnym to już w ogóle ;) Pobudki absolutnie nas nie zawodziły. Słońce powoli dawało znać, że pora zacząć nowy dzień, czystą kartę. Kozy z kolei spacerowały po klifie, przeżuwając liście z krzaków i upewniając się, że nasze oczy na pewno już są otwarte. Miło z ich strony. Wspominałam o tym, że tylko ludzie są gościnni i mili? Mała korekta: kozy również.



Miasto położone jest dość niewdzięcznie, bo trzeba wspiąć się spory kawał, by dojść do jako takiego centrum. A w centrum można dojrzeć wiele ciekawych atrakcji, takich jak souk. Souk, który dla wielu stanowi miejsce zarobku, miejsce, gdzie można poucinać sobie pogawędkę ze sprzedającym sąsiadem, miejsce, gdzie można się potargować, pokrzyczeć, ale przede wszystkim pochłonąć wzrokiem te wszystkie stoiska z idealnie wyeksponowanymi przyprawami, warzywami, a także owocami morza.

Owoce morza, o tak! To temat na osobną rozprawkę! Oczy me ujrzały cuda. Świeże, lśniące, zatopione w lodzie. Ryby zwyczajnie szare, ale i niezwyczajnie czerwone. Ryby o przeciętnym rozmiarze ryby, jak i  wielkie tuńczyki, czy mieczniki wywalone nonszalancko na kawał plastiku. Uśmiechały się do mnie krewetki małe i duże. Miałam wobec nich plany, ale okazały się za drogie. Oczekiwały na kupców świeże i szarawe langustynki, których pancerze broniły zaciekle przed wdarciem w pyszne mięso. Jednak na największą uwagę zasługują małe i niewinne stworzenia, delikatne pod każdym względem, ale zdecydowanie wyraziste w smaku...

S A R D Y N K I !!!

O matko i córko! Zalewały one stragany. Handlował jeden, drugi, trzeci. Nawet i ja bym mogła pohandlować. Nie dane mi było, bo to co kupiłam zostało zjedzone. Kilo sardynek kupić, cebulę u pana sprzedającego warzywa. A oliwki też w sumie dobre. Wydać na to jakieś 5 złotych i czuć się zwycięzcą. Smaku najlepszych sardynek na świecie nie zapomnę nigdy. Jadłam w całości, tylko łeb zostawiałam… Trząsł się człowiek, bo zgrillowana sardynka to istny rarytas. Obowiązkowy punkt wizyty w Al-Husajmie! Nawet w górach można pokosztować sardynek z nad morza. Tyle, że już nie w tej cenie i nie w tym klimacie. Jadł człowiek te sardynki jeden dzień, drugi, trzeci… I końcu się przeżarło.

Zainwestowaliśmy w wór langustynek z cytryną w wersji grillowanej i smażonej. Żołądek krwawił, bo oczy widziały piękne mięsko, a palce nie umiały poradzić sobie z pancerzem. Cholerny pech! Po godzinie obierania killograma langustynek w sumie to wyszłam, i najedzona, i głodna. Ale było warto :-)



Nie zabrało zwykłej ludzkiej życzliwości w postaci podarowanej papryczki chilli, której użyliśmy do przygotowania dania. Souk to odrębna rzeczywistość, którą trzeba poznać i nie bać się jej wyjątkowości. Nawet Ci, którzy stronią od ludzi, niech spróbują. Jeśli nie dla ludzi, to dla tego, co oni oferują.

Po souku koniecznie trzeba się udać do kawiarni, gdzie za mniej niż 3 złote zaserwują pyszną kawę espresso z czterema kostkami cukru. Tak, że wykręci wam buzie i zaczniecie poważnie zastanawiać się, jakim cudem ci ludzie jeszcze żyją, spożywając takie ilości sacharozy. Kawa i tak była pyszna, a na deser polecam ciasteczka nasączone cytrynowym olejkiem. W smaku przypominające babkę cytrynową, na szczęście mniej słodką wersję.



Pijąc kawę spostrzegliśmy, że ludziom się nigdzie nie spieszy. Każdy ma czas na to, by usiąść z kolegą przy kawie czy herbacie, wyciągnąć gazetę, poczytać, porozmawiać. Praca nie zając- nie ucieknie. Najważniejsza jest relacja z człowiekiem. Po co stres? Po co nieprzyjemności? To takie oczywiste, ale u nas zupełnie zapomniane. Co drugi, może co trzeci lokal to była kawiarnia. Pełna uśmiechniętych mężczyzn w wieku 25-80. Dla ścisłości dodam, że kobiety zazwyczaj opiekują się dziećmi i gospodarstwem. Kawiarnie nie dla nich, chociaż i znalazły się takie, które plotkowały na ławce na skwerku. Uroczy widok.



Wyrywam się z zadumy, bo choć chętnie zamroziłabym tamten czas, muszę wrócić do gotowania zupy. Takie chwile jak tamte w Al-Husajmie sprawiają, że człowiek nie chce pędzić. Trzeba żyć prosto, ale szczęśliwie. Jak oni, mieszkańcy. Trzeba się doceniać i szanować.

I pokochać sarydnki :)





Czytaj dalej...

Ludzie gór! Cz. 2

Nastał ten tragiczny dla mnie moment w środku nocy, zwany pełnym pęcherzem.

Dylemat życia. Co zrobić? Czy w ogóle jest jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, za wyjątkiem wystawienia czterech liter na przeraźliwe zimno, ciemność i czyhające za drzewami czworonożne potwory?
Wyobraźnia płata figle i niezależnie od tego, czy zostałabym pożarta, wyjść musiałam. O tak, po prostu.

Poranek okazał się być znacznie przyjemniejszy. Po przerzuceniu całego naszego dobytku na światło dziennie okazało się, że jest wyjątkowo ciepło, a roślinność wokół nas będzie idealną suszarnią dla zawilgoconego namiotu i kilku ubrań.



Suzarnia :)


Słońce rozkosznie grzało moje poliki i dłonie, z pomocą przybyło również wino, które sprawiło, że dostałam wręcz wypieków.

Woda wyproszona w dniu poprzednim posłużyła do porannej „kąpieli” w wychodku, który znajdował się dosłownie 10 metrów od naszej miejscówki. A ponieważ woda ta przez noc porządnie się schłodziła, nie mogłam prosić o lepszą pobudkę i powrót do świata żywych. W reklamówkach ostały nam się kawałki chleba z konserwą wątpliwej jakości. Zjeść jednak trzeba było, ponieważ i plany były ambitne.

Do zdobycia był szczyt Żandarma i dotarcie do niewielkich, górskich jezior, przedzierając się przez mokre i zaśnieżone tereny, których za nic nie można nazwać szlakami. Najpierw jednak chcieliśmy po raz drugi spróbować naszych sił i zaprzyjaźnić się z ludźmi, którzy poprzedniego wieczora tak bardzo zaabsorbowani byli oglądaniem meczu piłki nożnej.

Puk, puk.

- Dzień dobry, czy możemy zostawić tutaj swoje rzeczy na przechowanie? Chcemy iść w góry.
- Hmmm, tu na pewno nie. Na zapleczu, w kuchni. Ale to zależy, jak długo was nie będzie.
- 3 godziny? Bardzo prosimy, ciężko nam z tym będzie wchodzić.
- Tu – wskazał ręką kąt zaplecza. No to chyba nie pogadamy.
- A tu u was w ogóle można coś do jedzenia kupić? - pytam pana, który był kucharzem na restauracji.
- A nie wiem, to trzeba kelnera zapytać – padłam i odechciało mi się pytać o cokolwiek.

Chodźmy w góry, może misie będą bardziej przyjazne i jakimś miodkiem poczęstują.

Kiedy tak niespiesznie ruszaliśmy w stronę gór, między nogami zaczęła plątać się czarna i kudłata psina, której imię dzień wcześniej odebrałam jako osobistą obelgę, bo kiedy padło słowo „żulia” byłam przekonana, że ktoś wyzywa mnie od żula... Żulia jednak była pieskiem, trochę nieśmiałym, ale zdecydowanie wytrwałym i oddanym. Lubiła głaskanie i ukraińską kiełbasę. Nie przepadała za czerstwym chlebem.

Najdzielniejszy pies na świecie- Żulia


Żulia okazała się być najlepiej przygotowana na tę wyprawę- mała, lekka, dużo futerka, no i zawsze na czterech łapach.
Ja odziana w dwie pary spodni, bluzę i kurtkę na wszelkie kataklizmy czułam się i wyglądałam jak zapaśnik sumo, a i tak na samej górze o mało nie zamarzłam, nie mówiąc już o basenie w butach. Brakowało tylko stroju kąpielowego.

Szlaki w ukraińskich górach rzekomo istnieją. Piszę „rzekomo”, bo jest ich jak na lekarstwo i chyba prędzej dojrzy się dzika wśród drzew niż uświadczy turystyczny szlak. Będąc na wysokości około 1400 m n.p.m., na szczyt Żandarma nie było wcale aż tak daleko. Żandarm liczy sobie mniej więcej 1780 m n.p.m. Zanim rozpoczęliśmy prawdziwe wspinanie, uznałam, że taka odległość to pikuś.

Nic bardziej mylnego.

Wypatrzyliśmy szlak, którym żwawo szliśmy około 15 minut, upaprani w śniegu nad kostki. To jednak była najprzyjemniejsza część zdobywania szczytu. Po drodze udało się uwiecznić piękny szafran spiski, potocznie zwany krokusem. Nie mogliśmy obejrzeć go w pełnej krasie, nie mniej jednak ze śniegiem dobrze sobie radził, a taka siła i odwaga zasługuje na poklask i obowiązkowe zdjęcie do albumu. Uroczy, nie ma co.

Powoli budzi się do życia :)


Żulia dalej towarzyszyła nam w podróży, choć byliśmy przekonani, że po pierwszym zakręcie zawróci. Szlak się skończył, widzimy szczyt Żandarma. Czas na porządne, strome wspinanie, okupione okrutną zadyszką, ciągłymi postojami i strachem. Najzwyklejszym strachem. I to z mojej strony, Dawid radził sobie dzielnie i zawsze był na przedzie.

Śnieg sięgał już kolan. Czułam wodę w butach i mokre spodnie. Nawet nie chciałam myśleć o tym, w jakim stanie będę schodzić i czy potem ciężko tego nie odchorujemy. Nie widziałam, co znajduje się pode mną. Spacer często polegał na deptaniu kosodrzewiny czy niskich drzew, które były pokryte białym puchem.

Żulia dogania Dawida. Ja pasuje. Dostałam takiej zadyszki, że obawiałam się ataku serca. Siadam na śniegu, dokoła śnieg, przede mną daleko śnieg, za mną szczyt i śnieg. Z racji wysokości wiatr mnie nie łaskocze, wiatr mnie trzaska po pysku. Jest cholernie zimno, ale po co komu rękawiczki.

Wytrwała do końca!


Dawid powoli dociera na szczyt, wchodzi na skałę. Widzę, że robi zdjęcie. Mija chwila, dwie, trzy... Coś za długo tam stoi, ani wte ani wewte. Szczyt Żandarma w odległości zaledwie kilku metrów, gdy nagle, z jego lewej strony zaczyna osuwać się śnieg. Jeszcze lawiny brakowało... Ja dalej siedzę, nie ruszam się za bardzo, krzyknąć do Dawida nie mogę, bo jeszcze zrobię nam krzywdę, ale niechże schodzi w końcu...

Żulia zdążyła już do mnie podbiec, położyć mi się na kolanach, najpewniej zwyczajnie znudzona czekaniem na górze. Wiatr dalej trzaska w pysk, może i jeszcze bardziej, bo siedzę dobre pół godziny, niebo zaczyna szarzeć. A w głowie wizualizuje sobie kolejną lawinę...

Na szczęście Dawid powoli, ostrożnie zaczął schodzić tyłem, na czterech kończynach- jak Żulia. Wszystko po to, by nie spowodować kolejnego osunięcia się śniegu. Kolejne 10 minut minęło, ale w końcu w trójkę zeszliśmy ze stromizny.

Selfie na skale. Wcale nie było tak O.K.


Tak najszybciej łapie się słońce ;)


W planach były jeziorka. Tyle, że ich położenie nie do końca było znane, a gonił nas czas, no i też świadomość, że żaden kawałek naszej odzieży nie był suchy. Żulia czekała na nas cierpliwie, wyprzedzając nieznacznie, kiedy się zbliżaliśmy. Zejście wcale nie okazało się łatwiejsze. Zadyszki może mniej, tempo szybsze, ale ja co chwilę lądowałam rękami w śniegu, co potem skutkowało odmrożeniami. W butach to już dawno przestał być basen, tylko aquapark czy kompleks wodnych zbiorników ze zjeżdżalniami...

Darmowe czyszczenie butów


W końcu trafiliśmy na poprzedni szlak, po drodze minęliśmy piękne skupisko kaczeńców i mogliśmy nacieszyć się w spokoju widokiem gór. Góry piękne, w maju pełna zima. Poleciłabym sobie jednak następnym razem lepsze przygotowanie, trwalsze i nieprzemakalne buty. No i rękawiczki.




Na szczęście nasz dobytek czekał na kuchennym zapleczu, ochoty bratania się po raz trzeci jednak nie było. Latarnie dawno świeciły, bo i powrót zaliczyliśmy dość późno. Tym razem jednak nie mogliśmy odpuścić ogniska, chociażby ze względu na potrzebę porządnego rozgrzania, no i wysuszenia rzeczy. Przygotowanie drewna chwile zajęło, Dawid wpadł na genialny pomysł ogrodzenia się karimatami przed wiatrem. Dzięki jego uporowi ogień poszedł w ruch na dobre kilka godzin, podczas których prawie zasnęłam, oparta na jego plecach. Wcześniej jednak przygotowałam mistrzowski posiłek z zupki instant i wcześniej podsmażonego kawałka boczku. To dopiero była wyżera!

A gdzie Żulia w tym wszystkim? A Żulia poszła z nami, znalazła sobie miejsce do drzemania i była naszym Aniołem Stróżem :) Do samego końca przygody z ośrodkiem narciarskim w Darhobrat. Trzeba przyznać, że to psina o dobrym sercu, jednak zdecydowanie o wrażliwych kubkach smakowych. No, ale kto po takim fizycznym wysiłku połasiłby się na chleb? No kto?





Czytaj dalej...

Ludzie gór! Cz. 1

Noc w Jaremcze, poprzedzająca wyprawę w ośnieżone góry, miała okazać się ostatnią ciepłą i przyjemną nocą. Potem nie zostało nam nic innego, jak kilka warstw ubrań i próby zaklejania szarą taśmą wszelkich otworów w namiocie.

Ciężko było nam rozstać się z tym pięknym miastem. Koło południa handel kwitł w najlepsze, a z budek dochodziły kuszące zapachy jedzenia. Na odchodne zabraliśmy po ukochanym pierożku i czekaliśmy na jakąś dobrą duszę, która przybliży nas do celu.

Następnym przystankiem była Jasina, która okazała się wyśmienitym miejscem, zarówno na spożycie wina domowej roboty, jak i na odpoczynek dla moich zbolałych stóp. Nawet po kilku dniach dłuższych spacerów nogi nie przyzwyczaiły się do takiego wysiłku. Krzyczały i prosiły o litość, ale mogłam leczyć je tylko wcześniej zakupioną maścią na stłuczenia i wyżej wspomnianym winem. Trochę pomagało.

Bociek wita nowo przybyłych w Jasinie :)

Centrum miasta było niewielkie, a też niewiele w nim było życia. Postanowiliśmy nie zatrzymywać się na dłużej, aczkolwiek jak się potem okazało, miasto to było właściwie metą dla kierowców osobówek. W dalszą część gór można było pojechać co najwyżej jeepem, którego by nam chętnie załatwiono za jakieś 20-30 dolarów. Gdyby pan taksówkarz wiedział, że te 20-30 dolarów to budżet na całą naszą wyprawę, pewnie nie zawracałby sobie nami głowy. Z uporem maniaka stanęliśmy na przystanku autobusowym, gdzie po kilkudziesięciu minutach w końcu ktoś poradził, byśmy wsiedli do autobusu. Miał on podwieźć nas w miejsce, skąd musielibyśmy udać się dalej na piechotę.

Niestrudzony w łapaniu kolejnych aut

Kierowaliśmy się na Darhobrat, skąd już niedaleko, by zdobyć szczyt Bliźnicy (1883 m n.p.m.) – najwyższej góry w paśmie Świdowca. Z naszych ustaleń wynikało, że przed nami około 12 km marszu, na co moje nogi skamieniały i nie chciały się z dystansem pogodzić. Właściwie pora była już wczesno-wieczorna, a słońce nie rozpieszczało nas długo swoimi promieniami, dlatego ruszyliśmy przed siebie, by znaleźć chociaż dobre miejsce na nocleg. Szczęście w nieszczęściu, że Dawid spróbował poszukać miejsca na własną rękę i w międzyczasie drogę zajechał jeep z panem w środku, który szczerze się zdumiał, co ja w ogóle TU robię. TU, czyli na takim zadupiu.

Odpowiedź rzuciła się sama: W góry! Na Darhobrat! Zabierzecie?

Stąd miało zacząć się 12 km przygody...



Czekałam tylko na magiczne „tak”, by oznajmić panu, że w takim razie jeszcze po swojego „malczika” (chłopaka) zawołam. Wyraz twarzy bezcenny, bo może się panu wydawało, że zabierze mnie w romantyczną podróż, a tu niespodzianka. Nie zeźlił się jednak za bardzo, poczekał cierpliwie na Dawida, a ja w duchu dziękowałam za ten wspaniały gest. Zawsze to 12 km mniej…

Wywiózł nas pod ośrodek, który, za wyjątkiem personelu, świecił pustkami. Jak się okazało, takie właśnie jeepy, jeżdżąc do swoich baz w górach, zabierają ze sobą zmęczonych chodzeniem ludzi i na tym zarabiają. Poszczęściło się nam, nie ma co!

Klimat zmienił się diametralnie. W końcu zajechaliśmy na wysokość 1400 m n.p.m. Był maj, a śnieg w najlepsze chrzęścił pod butami. Wysiadając z samochodu, naprawdę się zastanawiałam, jak będzie wyglądała noc w namiocie. W ekwipunku było zimne już piwo, a organizm domagał się ciepłego posiłku. Ryzyk-fizyk pomyślałam. Skoro ktoś nas tu dowiózł, to i wrzątek dostaniemy. Zupki chińskie czekały. Nie będę też czarować, że liczyłam skrycie na propozycję noclegu na zimnej podłodze ośrodka. Zawsze to zimna podłoga, a nie zimny i mokry śnieg.

Widok z namiotu za dnia

Aż tak dobrze być nie mogło. Personel bardzo był zainteresowany, ale meczem, który odbywał się na ekranie telewizora. Za pierwszym razem otrzymaliśmy kubeł zimnej wody na zupki, więc i propozycji przekimania nie można było się spodziewać. Nie ma jednak, co narzekać. Zjedliśmy ciepły posiłek? Zjedliśmy! Zupka chińska w takiej temperaturze smakuje jak najbardziej wykwintne, restauracyjne danie.

Do wyboru mieliśmy przenocowanie na żwirze, który robił w szczycie sezonu za parking lub w lesie, który o tej porze był trochę przerażający, no i mokry…. Ostatecznie osłona drzew przed zimnem i miękkie podłoże przeważyły szalę, by stać się ludźmi lasu. O godzinie 23.00 miałam na sobie dwie warstwy ubrań, a i tak trzęsłam się jak osika. Oczywistą oczywistością była próba rozpalania ogniska, która zakończyła się trzymaniem zimnych i zawilgoconych kijaszków w ręce. 2h strojenia skutecznie nas zniechęciło, a może i przede wszystkim zmęczyło. Drewna wokół mnóstwo, nic jednak nie nadawało się na trwałe rozpalenie. Efekt końcowy był taki, że zamknęliśmy się w namiocie z butelką piwa i wina (i chyba jeszcze jakiejś czystej), śmierdząc dymem niemiłosiernie. Pomimo schowania się wśród drzew, nocka była prawie nieprzespana przez zimny wiatr, który wdzierał się w każdą szczelinę.

I pomyśleć, że kilka metrów dalej rozgrywał się najciekawszy mecz piłki nożnej pod słońcem…


Po ciężkiej nocy wino z rana jak śmietana

PS Nie żebym nie doceniała uroków namiotowego spania z dala od ludzi. Widok rozgwieżdżonego nieba niejednego by natchnął do napisania romantycznego wiersza ;-)

PS 2 Zdobywanie gór z najwierniejszych psem na świecie już za kilka dni! Złapcie oddech na więcej :-)


Czytaj dalej...

Rozgrzewka przed zdobywaniem ukraińskich szczytów

Chwilowo opuszczamy marokańskie klimaty, by wprowadzić nieco górskiej świeżości i nieprzewidywalności. Minął tydzień od naszej autostopowej wyprawy w ukraińskie góry (Gorgany, Świdowiec, Czarnohora), a w związku z tym, że w ciągu stosunkowo krótkiego czasu wiele się działo, warto wspomnieć, jak u tego naszego wschodniego sąsiada jest.

Ukraińskie góry uznawane są za jedne z najdzikszych w Europie i jedne z najpiękniejszych. Szlaków jak na lekarstwo, czynnych schronisk również. Sama natura, piękne lasy i jeziora. Roślinność zmienia się można powiedzieć z każdym pokonanym metrem. Śnieg do kolan, sporo do zobaczenia. Może trafimy na pastucha, zaprosi nas do domu  i nakarmi bryndzą?

Nie jeden ukraiński kierowca pytał nas o opinie w sprawie ukraińskich dróg, zazwyczaj zaznaczając, że te ukraińskie to złe, a polskie dobre. Trudno tutaj racji nie przyznać, ale na osłodę tym serowym drogom wychwalaliśmy pod niebiosa ukraińską Warszawkę. Smutny uśmiech pojawiał się na twarzach kierowców. Tylko jedna. No, może dwie główne drogi na całą Ukrainę, ale to trochę za mało.

Jedyne 22 km kolein

Jeden z naszych autostopowych przystanków

7 dni to na tyle dużo, że postanowiliśmy za radą kierowcy jechać drogami regionalnymi, co by więcej zobaczyć. Już nie chodzi o te nieszczęsne drogi. Jazda z wioski do wioski jest bardziej atrakcyjna z antropologicznego punktu widzenia. Ludzie się zatrzymują, są ciekawi turysty. Ucinają pogawędki, czasem zaproszą, czasem nie, ale warto sobie czas umilać. Jeśli ludzie nie są ciekawi, to z pewnością my znajdziemy coś interesującego w lokalnym sklepie. Wybór piw za przysłowiowe grosze jest duży, a będąc na Ukrainie nie można zapomnieć o suszonych rybkach- słonej przekąsce, słonej też w cenie, ale jakże pysznej! Gatunków ryb do wyboru, do koloru. Nie lubisz ryb? No to i kalmary suszone znajdziesz. Wszystko to stokroć lepsze od chipsów, paluszków i innych kalorycznych dziwactw. Zapach trochę odrzucający, ale do alkoholu (szczególnie piwa, wódki) wchodzi jak złoto.

Pierwszy odpoczynek po ukraińskiej stronie miał miejsce w Samborze przy dworcu autobusowym. Spragnieni kwasu i lokalnej kuchni udaliśmy się na polowanie. Pierwsza buda: hot dogi. Druga buda: hot dogi. Trzecia buda: hot dogi i hamburgery… Idę po kwas, bo nie wierzę własnym oczom. Pozostaje nadzieja, że kwas z kija mają dobry.

Uff, jak zwykle smaczny i orzeźwiający. Ostatecznie nie wygrał z piwem, bo było to pierwsze i ostatnie miejsce, gdzie go piliśmy, ale i tak warto było. Co z tym jedzeniem? Stanęło na hot dogu. Hot dogu, który w całości z bułką i parówą wrzucony był do mikrofali, napakowany dużą ilością surówki i zalany przeróżnymi sosami. Buła gumowata, nie pierwszej świeżości, ale to chyba lokalny sposób przygotowywania tego przysmaku. Głodni nie wyjechaliśmy, a i stare, dobre lata 90. się przypomniały.

Przerwa na DA w Samborze, jeszcze przed królewskim hot dogiem.

Polecono nam pojechać do następnej wioski marszrutką (miejski lub międzymiastowy środek transportu), żeby zaoszczędzić czas. Pieniędzmi się nie przejmowaliśmy, bo 15-20 km trasy kosztuje 2-3 zł od łebka. W szczególności nie miały one dla nas znaczenia po tym, jak zobaczyliśmy nasz pojazd! Autobus Need For Speed dowiezie na miejsce z prędkością światła ;-) Tylko my byliśmy tak rozentuzjazmowani, na innych nie robiło to wrażenia.

Nasz superszybki i supertani pojazd
Czystość szyb w autobusie pozostawiała wiele do życzenia, ale trzeba przyznać, że widoki rekompensowały wszystko. Prostota w czystej postaci. Domki prawie że jednakowe, z warzywno-owocowym ogródkiem na przedzie, trochę trawki dla krów i kóz, drzewa owocowe. Po prostu odskocznia od szarej, miejskiej codzienności. Co ciekawe, Ukraińcy pamiętają o swojej historii, patriotyzm widoczny jest na każdym kroku. Nawet w małych wioskach spotkać można pomniki upamiętniające poległych żołnierzy, flagi ukraińskie powiewające na wietrze przy świetlicach, kopcach. Te mniej chlubne, banderowskie, również powiewają. Jedna obok drugiej. Ukraińska i banderowska. Razem. Dla nich to nic złego, oni mają swoją historię, a my swoją.

Taki sobie ładny widok na pobliską wioskę

"Sława Gierojom", sława bohaterom. Tutaj też wisiała banderowska flaga.


Po kilku godzinach stania i jazdy doczłapaliśmy się tirem (szalał jakieś 30km/h) do wioski, w której postanowiliśmy osiąść z racji później pory. Całe szczęście, przed zmrokiem znaleźliśmy sklep, w którym zaopatrzyliśmy się w razie najgorszego. Piwko, wódka, suszone rybki. Nic więcej nie potrzeba. Właściwie to można było odmaszerować, ale zaczęli zaczepiać nas łebki, wiek 35-40, bo człowieki z plecakami na wiosce to rozrywka lepsza niż wódka. A jeśliby połączyć te rozrywki, to można spokojnie umierać, tyle się dzieje!

Rozmowa jak rozmowa. Skąd jesteście? Dlaczego tutaj? Dokąd jedziecie? Ludzka ciekawość, proste pytania, ale dobrze się rozmawia. Jedna wódeczka. Trochę rybek i druga wódeczka. Dwa różne języki, ale różnice zaczęły się jakby zacierać. Gada się miło, trochę kaleczymy język, ale wszystko rozumiemy! Czasem ta seta na odwagę naprawdę jest wskazana ;-) Otwieramy jakieś indycze szyjki, nowość na rynku, w życiu nie jadłam czegoś takiego w formie przekąski. Zapijamy kolejnym kielichem, bo szyjki pikantne. Robi się późno i chłodno, ale towarzystwo w najlepsze świętuje. Mamy zaproszenie do domu!

Ledwo otworzyły się drzwi, na stole wszystko było już gotowe: kanapki z szynką, ser twarogowy ze szczypiorkiem, coś na osłodę, kawa, herbata. Siostra naszego wybawcy uwijała się jak w ukropie, było mi głupio, a z drugiej strony byłam cholernie wzruszona.  Zmieniło się tyle, że siedzieliśmy przy stole i każdy miał coraz więcej w czubie. W międzyczasie wkroczył samogon (domowy wysokoprocentowy alkohol), potem likier kawowo-śmietankowy, istne combo dla żołądka, chociaż miałam wrażenie, że trzymamy się z Dawidem nieco lepiej niż właściciel. Godzina 1.00, a kolega miał rzekomo na rano do pracy. Do dziś nie wiemy, czy wstał… Impreza tak jak hucznie się zaczęła, tak samo hucznie się skończyła. Właściciel chciał przytulić własność Dawida, nie pytając o pozwolenie, więc stanowczo Dawid o nią poprosił. Musiało to pana zaboleć i po chwili namysłu wypieprzył nas z domu, żeby było nam rześko. O 2.00 w nocy! To nasza druga próba noclegu na Ukrainie, która skończyła się tym, że nas wyproszono. Pierwsza była o tyle udana, że dali nam się przespać, a nad ranem kazali spadać gdzie pieprz rośnie. Tutaj nawet nie mieliśmy takiej możliwości. Bo co? Bo gościu za dużo wypił i uznał, że to właściwy moment pokazać Polakom, gdzie raki zimują. Wspomniałam, że gospodarz był jednym z tych, którzy mają swoją historię i określał się jako banderowiec? Całe zło z człowieka po alkoholu wychodzi. Jest nauczka na przyszłość.

Więcej rybek, mniej wódki. A już na pewno nie likier Sheridan…


No ale co? Chyba jedziemy dalej.
Czytaj dalej...

Uroki Tafraoutu, czyli jak szybko prysnęła bańka mydlana.

Zapewne kojarzycie z filmów czy też z bajek dość oklepaną scenę ciężkiej, wykańczającej wręcz wędrówki przez pustynię, gdzie żar leje się z nieba, a sami poszkodowani zdążyli wykorzystać wszystkie zapasy picia i mimo modlitw, nie mogą znaleźć kawałka cienia, nie mówiąc już o źródle wody. Nagle, pośrodku niczego, wyrasta z podziemi oaza. Wybawienie dla zmęczonych i odwodnionych podróżników, których życie okazuje się być uzależnione od tych kilku łyków wody z źródełka, a cień niesiony przez palmę ratuje ich przed udarem słonecznym. I kiedy już jesteśmy spokojni o ich los, okazuje się, że to były tylko przywidzenia, a oaza tak jak wyrosła z podziemi, tak samo szybko wyparowała. Resztę historii dopowiedzcie sobie sami, zostawiam to waszej bujnej wyobraźni ;-)

Kontynuujemy naszą podróż na północ Maroka i lądujemy w Tafraout, miejscowości, która swoim położeniem i trochę architekturą przypomina czasy Flinstonów. Miasteczko w środku gór. Nazywam to tak, ponieważ było z każdej strony otoczone górkami, góreczkami najrozmaitszej wielkości i szerokości. Jednym z najpiękniejszych widoków był właśnie wschód słońca na polu campingowym, gdzie skały zaczynały nabierać koloru, począwszy od brązowego do mocno pomarańczowego, w miarę jak słońce pojawiało się na horyzoncie.






Chłód poranka nie trwał zbyt długo. Za to upał męczył do późnych godzin wieczornych. Możliwe, że to przez to miejsce, ale próby wydostania się z miasta na piechotę były dla nas bardzo uciążliwe. Litr wody został wypity na dzień dobry, odzialiśmy się w wygodne, przepuszczające powietrze ciuchy, a tu nadal żyć nie można. Wiele zostało jeszcze do zwiedzenia, więc przedłużanie pobytu tutaj nie wchodziło w grę, do czasu aż Dawid znalazł TO. TO, czego było nam potrzeba  w ten cholerny, gorący, duszący wręcz dzień.

Oaza. Tak, oaza! Kto by pomyślał, że na wyjeździe z miasta znajduje się źródełko wody, otoczone zieloną roślinnością i wysokimi palmami, i nikt z miejscowych nie przychodzi tu się orzeźwić, poleżeć, wychillować… Dosłownie żywego ducha, tylko my i woda, i cień, i szum wiatru.

Brzmi jak z bajki i nie bójcie się, nie wyskoczę z tym, że to jednak nieprawda, bo przyśniło mi się to dzień wcześniej. Takich numerów nie robię.

Wejście do raju

Rajskie widoki


Czas obiadu :)



To wszystko było prawdziwe. Widoki piękne, woda nawet czysta, rybki sobie pływają. No raj, prawda? Kto by tak nie pomyślał? Czas dla ciała, czas dla duszy. Można się wyciszyć, pomyśleć, dziennik spisać. Ja kulturalnie zamoczyłam nóżki, nie wskakiwałam do wody, żeby nie gorszyć miejscowych, gdyż sama oaza daleko od głównej drogi do i z miasta nie była. Dawid za to nie widział przeciwwskazań, zrzucił z siebie cały balast i wskoczył do wody, żeby jak najszybciej poczuć to miłe uczucie chłodu.

Smacznie wyglądający owoc z drzewa arganowego :-)


Wiecie, to brzmi jak z bajki i naprawdę takie było do czasu, aż nasze nosy zaczęły wyczuwać dość nieprzyjemną woń, a za żadne skarby nie mogliśmy zlokalizować, co tak naprawdę wali. Upewniłam się, że nasze plecaki są suche, niezabrudzone. Sprawdziłam, czy to może ja w coś wdepnęłam. No nie. Żebyście widzieli nasze miny, a może i przede wszystkim Dawida, który tak radośnie się pluska w wodzie, próbuje nakręcić kawałek materiału i zamiast rybki, widzi obok siebie dryfujący, brązowy klocek…

Oaza była, niewymyślona. Jednak z dwojga złego nie wiem, czy ta klockowa wiedza była mi do szczęścia potrzebna, czy może wolałabym, żeby po prostu był to sen lub przywidzenie. Był to kolejny dowód na to, że Marokańczycy nie pieprzą się w tańcu. Śmieci wyrzucają gdzie popadnie i kupy też lecą gdzie popadnie. Przestroga dla was moi drodzy, nie wszystko co owinięte w ładny papierek jest cukierkiem :P






 
Być jak Flinstonowie!
Czytaj dalej...
Smak na podróż © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka