Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na przekór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na przekór. Pokaż wszystkie posty

Kraina miodem płynąca! Jaremcze!

Noc nieprzespana, a i przed południem wyruszyliśmy dalej, byle przed siebie. W góry!

10 km spaceru, buty zaczynają uwierać, jakoś ciężej się na plecach robi, więc postanawiamy zatrzymać się na przystanku autobusowym. Całe szczęście szybko złapaliśmy podwózkę u chłopaka, który wywiózł nas już na główniejszą drogę na Jaremcze. Tam chwilowy postój w celu zreperowania prującego się pokrowca do namiotu, zakup zimnych napojów i szybki skok w celu opróżnienia pęcherza. Dla mnie niestety niefortunny, źle nadepnęłam na kamień i przez kolejny dzień marsze okupione były bólem. Jak to się mówi? Twardym trzeba być, nie miętkim?

Kolejny kierowca wysadził nas w jakiejś małej miejscowości i stamtąd poruszaliśmy się tylko marszrutkami, robiąc przerwy na wysiorbanie piwa z butelki czy zakup maści na stłuczenia w aptece. Dawid stał się właścicielem taniego jak barszcz cygara o waniliowym aromacie. Wyzierała z niego paskudna słodycz, porównywalna do kadzidełkowych wynalazków, po których mdli jak diabli… Jakimś cudem to wypalił i jakimś cudem nie zwymiotował. Dzielny, a co!

 Jak już wspominałam wcześniej, marszrutki z wioski do wioski kosztują grosze, a zależało nam na czasie, więc nie bawiliśmy się w stopowanie od skrzyżowania do skrzyżowania. Góry ważniejsze, tam trzeba spędzić jak najwięcej czasu!

Zielono mi...


Do Jaremczy dostaliśmy się wieczorem, na szczęście nie byliśmy skazani na samotny marsz po nieznanych terenach, bo przed odjazdem autobusu Dawid poznał Vitalego, który zaproponował pomoc i piwko. Miasto bardzo urokliwe, stanowi główny ośrodek wypoczynkowy na Ukrainie. Za dnia centrum jest pełne ludzi, straganów, sklepików sprzedających pamiątki. Dzieci bawią się na dmuchanych zjeżdżalniach z widokiem na piękny wodospad. To w Jaremczy jest jedyny i niepowtarzalny most kolejowy, którego przejście wymaga wielkiej odwagi. W jego dole płynie rwąca rzeka, kamienne płyty wydają się solidne, ale szpary między nimi mrożą krew w żyłach. Dla tych, którzy mają lęk wysokości (ale taki prawdziwy)- nie polecam.

Nie zdziwiałbym się, gdyby oryginalnie nazywano ten most "Mostem śmierci" ;)

Jaremcze to także poczta, która nie sprzedaje kartek i która zamyka się o wczesnych godzinach.

To także miasto wspaniałych oscypków, bryndzy i innych domowych wyrobów, jak marynowane grzyby, papryki chilli, wina, zioła. Wszystko, czego dusza zapragnie. A tu można sobie na to pozwolić, bo ceny podobne jak w Polsce… tylko tej z lat 90-tych. Kilogram bryndzy kosztuje 80UAH, czyli jakieś 15PLN. Kilo sera! Gdyby człowiek nie targał wiecznie tego plecaka i zazwyczaj jakiejś dodatkowej siaty, to bierę od razu.

Fifki, dzbanki, łopatki, podkładki.. co chcecie!

Miody, miody i jeszcze raz miody... Wina, kompoty- raj!


W Jaremczy poznaliśmy hucułów, czyli górali zamieszkujących wschodnią część Karpat, którzy prowadzili restaurację, zagrali na żywo piękną huculską muzykę i pogawędzili trochę. Urzekły mnie ich proste koszule z równie prostym, ale ładnym haftem. Urzekło mnie to, że wszystkie pokolenia nosiły tradycyjne stroje. Od młodocianych do starszych ludzi włącznie. Wszyscy byli niesamowicie pomocni i gościnni, jednocześnie nie oczekując niczego w zamian. 

Sama restauracja, którą odwiedziliśmy, była urządzana w góralskim stylu. Drewno, kominek, haftowane obrusiki, ludowe stroje i ręcznie zdobione naczynia. Większość wisiała na ścianach i cieszyła oczy odwiedzających. Lokal urządzony ze smakiem, aż czułam, że w tych obdrapanych ciuchach tam nie pasuje…

Huculska restauracja, huculskie dekoracje

Restauracje restauracjami, ale na uwagę zasługuje pierożkarnia, która słynie z serwowania niestandardowych pierożków z farszem. Niestandardowych w naszym rozumieniu, bo nie chodzi o pierogi, a  o dobrze wypieczone ciasto w kształcie pieroga. Jeden pierożek to dobra przekąska, a dwa pierożki to już fajna kolacja. Pierożek z ziemniakami, z grzybami, z mięsem, z podrobami, na słodko… do wyboru do koloru. Nie mogliśmy się zdecydować, więc suma sumarum podczas kilku wizyt spróbowaliśmy wszystkich słonych wersji ;) Na ciepło jeszcze lepsze! Pierożki zawładnęły mym sercem.
Niepozorny pierożek, ale wielki :)

Banosz- lokalna potrawa z mąki kukurydzianej, z bryndzą i świeżym koperkiem. Tanie, syte i pyszne przede wszystkim!


Na uwagę zasługuje również ‘atrakcja’, która w godzinach wieczornych była bezludna, a wejście kosztowało raptem 3zł za łebka. Nazywam to ‘atrakcją’, ponieważ doszły nas słuchy, że była to rezydencja prezydenta, czy właściwie jeden z jej elementów, ale Internet niewiele mi na ten temat powiedział. Przekraczając kasę, mieliśmy możliwość zapoznać się z przeróżnymi gatunkami zwierząt. Ptactwo wszelkiej maści, od bażanta, przez pawia, do sowy. Wszystkie zamknięte w klatkach, ale bardzo zadbane i zdecydowanie przyzwyczajone do widoku ludzi. Im dalej w las, tym większe zwierzęta napotykaliśmy na swojej drodze. Dawid nawet dyrygował dzikami, które na jego machnięcie ręką zaczynały przeraźliwie kwiczeć, chrumkać, czy co tam robią dziki… Zabawę miał przednią, mógł tak bez końca.
Małe randez-vous?

Głodne to było, dzikie, ale koncert był niezły ;)

Jak wspomniałam, postać Vitalego przewijała się przez cały wieczór. Chłopak bardzo dobrze mówił po polsku, bo, jak to spora część Ukraińców, po prostu wyjechał do Polski na studia i za pracą. Polska oczami Ukraińca, to trochę tak jak UK naszymi oczami: bogate państwo, ładne drogi, pracy nie brakuje… Vitali zaprosił też swoją dziewczynę, Veronicę, która została wystawiona na ciężką próbę: musiała się ze mną jakoś porozumieć. Mój ukraiński był nieco lepszy, niż jej polski, ale w sumie dogadanie się nie było bardzo problematyczne, nawet nie musiałam zbyt dużo gestykulować. Obydwie wpadłyśmy w pułapkę gadulstwa chłopaków, bo piwkowanie pod drzewkiem było przyjemne, tyle że nie wyrabiałyśmy z zimna. Owinęłyśmy się szczelnie śpiworem i całe dygotałyśmy, podczas gdy chłopaki w cienkich bluzach wydawali się zupełnie nieprzejęci temperaturą, która na tamtą chwilę była pewnie powyżej zera, ale zakładam, że niewiele więcej.

Alkohol nie rozgrzewa, oj nie...
Noc była wyjątkowo spokojna i ciepła, bo w otoczeniu drzew. Co prawda przed spaniem podjęliśmy próbę rozpalenia ogniska, ale wcześniejsze deszcze utrudniły nam to zadanie i koniec końców, po godzinie strojenia, wskoczyliśmy do namiotu, żeby się ogrzać. Z rana czekało nas szybkie zwinięcie maneli i wyjście z miasta, by zbliżyć się do ośnieżonych szczytów!



Czytaj dalej...

Rozgrzewka przed zdobywaniem ukraińskich szczytów

Chwilowo opuszczamy marokańskie klimaty, by wprowadzić nieco górskiej świeżości i nieprzewidywalności. Minął tydzień od naszej autostopowej wyprawy w ukraińskie góry (Gorgany, Świdowiec, Czarnohora), a w związku z tym, że w ciągu stosunkowo krótkiego czasu wiele się działo, warto wspomnieć, jak u tego naszego wschodniego sąsiada jest.

Ukraińskie góry uznawane są za jedne z najdzikszych w Europie i jedne z najpiękniejszych. Szlaków jak na lekarstwo, czynnych schronisk również. Sama natura, piękne lasy i jeziora. Roślinność zmienia się można powiedzieć z każdym pokonanym metrem. Śnieg do kolan, sporo do zobaczenia. Może trafimy na pastucha, zaprosi nas do domu  i nakarmi bryndzą?

Nie jeden ukraiński kierowca pytał nas o opinie w sprawie ukraińskich dróg, zazwyczaj zaznaczając, że te ukraińskie to złe, a polskie dobre. Trudno tutaj racji nie przyznać, ale na osłodę tym serowym drogom wychwalaliśmy pod niebiosa ukraińską Warszawkę. Smutny uśmiech pojawiał się na twarzach kierowców. Tylko jedna. No, może dwie główne drogi na całą Ukrainę, ale to trochę za mało.

Jedyne 22 km kolein

Jeden z naszych autostopowych przystanków

7 dni to na tyle dużo, że postanowiliśmy za radą kierowcy jechać drogami regionalnymi, co by więcej zobaczyć. Już nie chodzi o te nieszczęsne drogi. Jazda z wioski do wioski jest bardziej atrakcyjna z antropologicznego punktu widzenia. Ludzie się zatrzymują, są ciekawi turysty. Ucinają pogawędki, czasem zaproszą, czasem nie, ale warto sobie czas umilać. Jeśli ludzie nie są ciekawi, to z pewnością my znajdziemy coś interesującego w lokalnym sklepie. Wybór piw za przysłowiowe grosze jest duży, a będąc na Ukrainie nie można zapomnieć o suszonych rybkach- słonej przekąsce, słonej też w cenie, ale jakże pysznej! Gatunków ryb do wyboru, do koloru. Nie lubisz ryb? No to i kalmary suszone znajdziesz. Wszystko to stokroć lepsze od chipsów, paluszków i innych kalorycznych dziwactw. Zapach trochę odrzucający, ale do alkoholu (szczególnie piwa, wódki) wchodzi jak złoto.

Pierwszy odpoczynek po ukraińskiej stronie miał miejsce w Samborze przy dworcu autobusowym. Spragnieni kwasu i lokalnej kuchni udaliśmy się na polowanie. Pierwsza buda: hot dogi. Druga buda: hot dogi. Trzecia buda: hot dogi i hamburgery… Idę po kwas, bo nie wierzę własnym oczom. Pozostaje nadzieja, że kwas z kija mają dobry.

Uff, jak zwykle smaczny i orzeźwiający. Ostatecznie nie wygrał z piwem, bo było to pierwsze i ostatnie miejsce, gdzie go piliśmy, ale i tak warto było. Co z tym jedzeniem? Stanęło na hot dogu. Hot dogu, który w całości z bułką i parówą wrzucony był do mikrofali, napakowany dużą ilością surówki i zalany przeróżnymi sosami. Buła gumowata, nie pierwszej świeżości, ale to chyba lokalny sposób przygotowywania tego przysmaku. Głodni nie wyjechaliśmy, a i stare, dobre lata 90. się przypomniały.

Przerwa na DA w Samborze, jeszcze przed królewskim hot dogiem.

Polecono nam pojechać do następnej wioski marszrutką (miejski lub międzymiastowy środek transportu), żeby zaoszczędzić czas. Pieniędzmi się nie przejmowaliśmy, bo 15-20 km trasy kosztuje 2-3 zł od łebka. W szczególności nie miały one dla nas znaczenia po tym, jak zobaczyliśmy nasz pojazd! Autobus Need For Speed dowiezie na miejsce z prędkością światła ;-) Tylko my byliśmy tak rozentuzjazmowani, na innych nie robiło to wrażenia.

Nasz superszybki i supertani pojazd
Czystość szyb w autobusie pozostawiała wiele do życzenia, ale trzeba przyznać, że widoki rekompensowały wszystko. Prostota w czystej postaci. Domki prawie że jednakowe, z warzywno-owocowym ogródkiem na przedzie, trochę trawki dla krów i kóz, drzewa owocowe. Po prostu odskocznia od szarej, miejskiej codzienności. Co ciekawe, Ukraińcy pamiętają o swojej historii, patriotyzm widoczny jest na każdym kroku. Nawet w małych wioskach spotkać można pomniki upamiętniające poległych żołnierzy, flagi ukraińskie powiewające na wietrze przy świetlicach, kopcach. Te mniej chlubne, banderowskie, również powiewają. Jedna obok drugiej. Ukraińska i banderowska. Razem. Dla nich to nic złego, oni mają swoją historię, a my swoją.

Taki sobie ładny widok na pobliską wioskę

"Sława Gierojom", sława bohaterom. Tutaj też wisiała banderowska flaga.


Po kilku godzinach stania i jazdy doczłapaliśmy się tirem (szalał jakieś 30km/h) do wioski, w której postanowiliśmy osiąść z racji później pory. Całe szczęście, przed zmrokiem znaleźliśmy sklep, w którym zaopatrzyliśmy się w razie najgorszego. Piwko, wódka, suszone rybki. Nic więcej nie potrzeba. Właściwie to można było odmaszerować, ale zaczęli zaczepiać nas łebki, wiek 35-40, bo człowieki z plecakami na wiosce to rozrywka lepsza niż wódka. A jeśliby połączyć te rozrywki, to można spokojnie umierać, tyle się dzieje!

Rozmowa jak rozmowa. Skąd jesteście? Dlaczego tutaj? Dokąd jedziecie? Ludzka ciekawość, proste pytania, ale dobrze się rozmawia. Jedna wódeczka. Trochę rybek i druga wódeczka. Dwa różne języki, ale różnice zaczęły się jakby zacierać. Gada się miło, trochę kaleczymy język, ale wszystko rozumiemy! Czasem ta seta na odwagę naprawdę jest wskazana ;-) Otwieramy jakieś indycze szyjki, nowość na rynku, w życiu nie jadłam czegoś takiego w formie przekąski. Zapijamy kolejnym kielichem, bo szyjki pikantne. Robi się późno i chłodno, ale towarzystwo w najlepsze świętuje. Mamy zaproszenie do domu!

Ledwo otworzyły się drzwi, na stole wszystko było już gotowe: kanapki z szynką, ser twarogowy ze szczypiorkiem, coś na osłodę, kawa, herbata. Siostra naszego wybawcy uwijała się jak w ukropie, było mi głupio, a z drugiej strony byłam cholernie wzruszona.  Zmieniło się tyle, że siedzieliśmy przy stole i każdy miał coraz więcej w czubie. W międzyczasie wkroczył samogon (domowy wysokoprocentowy alkohol), potem likier kawowo-śmietankowy, istne combo dla żołądka, chociaż miałam wrażenie, że trzymamy się z Dawidem nieco lepiej niż właściciel. Godzina 1.00, a kolega miał rzekomo na rano do pracy. Do dziś nie wiemy, czy wstał… Impreza tak jak hucznie się zaczęła, tak samo hucznie się skończyła. Właściciel chciał przytulić własność Dawida, nie pytając o pozwolenie, więc stanowczo Dawid o nią poprosił. Musiało to pana zaboleć i po chwili namysłu wypieprzył nas z domu, żeby było nam rześko. O 2.00 w nocy! To nasza druga próba noclegu na Ukrainie, która skończyła się tym, że nas wyproszono. Pierwsza była o tyle udana, że dali nam się przespać, a nad ranem kazali spadać gdzie pieprz rośnie. Tutaj nawet nie mieliśmy takiej możliwości. Bo co? Bo gościu za dużo wypił i uznał, że to właściwy moment pokazać Polakom, gdzie raki zimują. Wspomniałam, że gospodarz był jednym z tych, którzy mają swoją historię i określał się jako banderowiec? Całe zło z człowieka po alkoholu wychodzi. Jest nauczka na przyszłość.

Więcej rybek, mniej wódki. A już na pewno nie likier Sheridan…


No ale co? Chyba jedziemy dalej.
Czytaj dalej...

Uroki Tafraoutu, czyli jak szybko prysnęła bańka mydlana.

Zapewne kojarzycie z filmów czy też z bajek dość oklepaną scenę ciężkiej, wykańczającej wręcz wędrówki przez pustynię, gdzie żar leje się z nieba, a sami poszkodowani zdążyli wykorzystać wszystkie zapasy picia i mimo modlitw, nie mogą znaleźć kawałka cienia, nie mówiąc już o źródle wody. Nagle, pośrodku niczego, wyrasta z podziemi oaza. Wybawienie dla zmęczonych i odwodnionych podróżników, których życie okazuje się być uzależnione od tych kilku łyków wody z źródełka, a cień niesiony przez palmę ratuje ich przed udarem słonecznym. I kiedy już jesteśmy spokojni o ich los, okazuje się, że to były tylko przywidzenia, a oaza tak jak wyrosła z podziemi, tak samo szybko wyparowała. Resztę historii dopowiedzcie sobie sami, zostawiam to waszej bujnej wyobraźni ;-)

Kontynuujemy naszą podróż na północ Maroka i lądujemy w Tafraout, miejscowości, która swoim położeniem i trochę architekturą przypomina czasy Flinstonów. Miasteczko w środku gór. Nazywam to tak, ponieważ było z każdej strony otoczone górkami, góreczkami najrozmaitszej wielkości i szerokości. Jednym z najpiękniejszych widoków był właśnie wschód słońca na polu campingowym, gdzie skały zaczynały nabierać koloru, począwszy od brązowego do mocno pomarańczowego, w miarę jak słońce pojawiało się na horyzoncie.






Chłód poranka nie trwał zbyt długo. Za to upał męczył do późnych godzin wieczornych. Możliwe, że to przez to miejsce, ale próby wydostania się z miasta na piechotę były dla nas bardzo uciążliwe. Litr wody został wypity na dzień dobry, odzialiśmy się w wygodne, przepuszczające powietrze ciuchy, a tu nadal żyć nie można. Wiele zostało jeszcze do zwiedzenia, więc przedłużanie pobytu tutaj nie wchodziło w grę, do czasu aż Dawid znalazł TO. TO, czego było nam potrzeba  w ten cholerny, gorący, duszący wręcz dzień.

Oaza. Tak, oaza! Kto by pomyślał, że na wyjeździe z miasta znajduje się źródełko wody, otoczone zieloną roślinnością i wysokimi palmami, i nikt z miejscowych nie przychodzi tu się orzeźwić, poleżeć, wychillować… Dosłownie żywego ducha, tylko my i woda, i cień, i szum wiatru.

Brzmi jak z bajki i nie bójcie się, nie wyskoczę z tym, że to jednak nieprawda, bo przyśniło mi się to dzień wcześniej. Takich numerów nie robię.

Wejście do raju

Rajskie widoki


Czas obiadu :)



To wszystko było prawdziwe. Widoki piękne, woda nawet czysta, rybki sobie pływają. No raj, prawda? Kto by tak nie pomyślał? Czas dla ciała, czas dla duszy. Można się wyciszyć, pomyśleć, dziennik spisać. Ja kulturalnie zamoczyłam nóżki, nie wskakiwałam do wody, żeby nie gorszyć miejscowych, gdyż sama oaza daleko od głównej drogi do i z miasta nie była. Dawid za to nie widział przeciwwskazań, zrzucił z siebie cały balast i wskoczył do wody, żeby jak najszybciej poczuć to miłe uczucie chłodu.

Smacznie wyglądający owoc z drzewa arganowego :-)


Wiecie, to brzmi jak z bajki i naprawdę takie było do czasu, aż nasze nosy zaczęły wyczuwać dość nieprzyjemną woń, a za żadne skarby nie mogliśmy zlokalizować, co tak naprawdę wali. Upewniłam się, że nasze plecaki są suche, niezabrudzone. Sprawdziłam, czy to może ja w coś wdepnęłam. No nie. Żebyście widzieli nasze miny, a może i przede wszystkim Dawida, który tak radośnie się pluska w wodzie, próbuje nakręcić kawałek materiału i zamiast rybki, widzi obok siebie dryfujący, brązowy klocek…

Oaza była, niewymyślona. Jednak z dwojga złego nie wiem, czy ta klockowa wiedza była mi do szczęścia potrzebna, czy może wolałabym, żeby po prostu był to sen lub przywidzenie. Był to kolejny dowód na to, że Marokańczycy nie pieprzą się w tańcu. Śmieci wyrzucają gdzie popadnie i kupy też lecą gdzie popadnie. Przestroga dla was moi drodzy, nie wszystko co owinięte w ładny papierek jest cukierkiem :P






 
Być jak Flinstonowie!
Czytaj dalej...

Pod łukami Legziry z jedną nogą w sikach.

Na wstępie przepraszam Was i dziękuję za cierpliwość. Długo nie pisałam, trochę ze względu na brak weny, trochę ze względu na naszą kolejną wyprawę, ale odczułam dziś te pokłady słów zalegające głęboko... gdzieś... i oto powstał tasiemiec z uroczymi zdjęciami :) Do rzeczy!

Po przygodach z dziadkiem, który może, nastał czas na odpoczynek w bardziej odosobnionym miejscu.

Z Sidi Ifni już niedaleko było do Legziry znanej przede wszystkim z pięknych widoków na Ocean i na rozgrzane do czerwoności skalne łuki, które są główną pozycją wszystkich przewodników dot. tego właśnie miejsca.

Dotarcie okazało się niesamowicie proste. Między większymi miastami kursują grand taxi i zatrzymują się, rzecz jasna, na zawołanie. Niespecjalnie wierzyliśmy w powodzenie akcji, by szanowny pan kierowca zabrał nas za darmo, ale bez ryzyka nie ma zabawy. Po raz kolejny kilka słów z arabskiego uratowało nam dupska, bo wydukanie z siebie czegoś w stylu mandysz flus (nie mam pieniędzy) poskutkowało otwarciem bagażnika i darmową podwózką nad same łuki.
Dziękujemy Ci dobry człowieku!

Przyznać muszę, że czegoś tak pięknego w życiu nie było dane mi widzieć. Stałam w miejscu jak wryta tudzież poryta i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko widzę, czuję i dotykam. Cały ciężar gdzieś zniknął, czułam się jak we śnie. Dobrze, że nie przyszło mi sprawdzać, czy to rzeczywiście sen, czy jawa, a pokusa była ogromna, bo te sny, gdzie człowiek się unosi nad ziemią, lata były/są snami najpiękniejszymi. Sami zapewne znacie to uczucie ;) Gdybym jednak dostała małpiego rozumu, trzeba byłoby mnie zeskrobywać z klifu, krzaka, czy innego kamienia. Na szczęście jestem i Wam trochę pokażę!

Nie widać, ale płakałam :P

Nie myślcie, że pogoda nieudana. Legzira koło godziny 10.00. Potem wyszło słońce ;)

Niezły zaciesz ;)

Zajechaliśmy na chwilę, a zostaliśmy na cały dzień... jak zwykle. Nie ma jednak czego żałować! Może poza jednym. Wyjątkiem były niedożywione, błąkające się psy. W dodatku zapchlone i brudne, w oczach miały smutek. Wykopywały sobie głębsze dziury w piasku, by się ochłodzić, niektóre wręcz zadrapywały się do krwi. Pogoda raczej im nie sprzyjała. W południe robiło się już naprawdę gorąco, idealne temperatury dla wszelkiego robactwa. Z jakichś przyczyn leżały blisko nas...
Może to nasz urok, a może brak prysznica? ;)

Prawie wdepnął w klocka, ale jeszcze o tym nie wie ;)



Ludu się zebrało, ale i tak mniej niż nad naszym polskim morzem :P Parawanów nie było ;)

O! Sławny łuk :)

Po kilku godzinach wylegiwania się na słońcu, spisywania pamiętnika i spacerów od brzegu do brzegu nastał czas, by poznać kolejnych miłych Marokańczyków. Swoją drogą, dalej zdumiewa mnie ich otwartość i gotowość do długofalowej pomocy, w zamian za nr telefonu i uśmiech :D

Spotkaliśmy grupę chłopaków w wieku 25-30, którzy na co dzień mieszkali w większych miastach i przyjechali się odchamić nad wodę. Ich główną rozrywką podczas weekendowego pobytu było granie w karty i palenie tradycyjnej marokańskiej fajki zwanej sipsi. Osobiście nie próbowałam, bo kobiecie nie wypada, Dawid za to chętnie z tego pykał, ale nie stwierdził, by było to jakieś nadzwyczajne doświadczenie. Przy okazji kolejnych stopów niektórzy kierowcy również chwalili się takimi fajkami, ale nie wiedzieć czemu, dorabiali sobie ideologie, że tą fajką niespecjalnie można się dzielić z innymi. Chłopaki nie miały z tym problemu, ale może to kwestia podejścia ;)

Próba wybrania optymalnej drogi, z uwzględnieniem ciekawych miejsc.

Sipsi w rękach Dawida, gościu z tyłu pocieszny :D


I tak od słowa do słowa zostaliśmy zaproszeni na obiad do wynajętego domku niedaleko wybrzeża. A ponieważ pora obiadowa się zbliżała, a ja byłam głodna jak wilk, to jak najbardziej na tę propozycję przystałam. Całe szczęście, że posiłek był już na gazie, bo Marokańczycy w zwyczaju mają gotować zdrowo, ale również trochę długo...

Pierwsze wrażenie z mieszkania?
Przytulne, minimalistycznie urządzone, bardzo w ich stylu. Do ścian dostawione coś w rodzaju puf z poduszkami, same ściany pomalowane na fioletowo, duży drewniany stół na środku  pokoju i gromadka cieszących się facetów naokoło. Czułam się tam trochę nieswojo, bo towarzystwo było wyłącznie męskie. Miałam nawet wrażenie, że tam nie pasuje, czy nawet przeszkadzam, ale przecież nie odpuszczę obiadu do jasnej cholery. Mężczyźni podzielili się na tych, którzy grali w karty i na tych, którzy próbowali porozmawiać z Dawidem. Ja byłam taka trochę niewidzialna. Właściwie to od razu mi się przypomniała wcześniejsza historia z Drissem, który z uśmiechem traktował mnie jak maskotkę Dawida, trochę jak niemowę lub upośledzoną, ale przywykłam :P

Na stół oczywiście wjechał wielki talerz jedzenia. Wielbiciele Maca i KFC mogą sobie odpuścić ten akapit, bo będzie za zdrowo ;) Talerz przepełniony był gotowanymi warzywami i duszonym mięsem (najprawdopodobniej jagnięciną). Wszystko oddawało swój własny zapach, a przecież jak wiadomo, Marokańczycy są mistrzami w doprawianiu. Nie brakowało tam kuminu, papryki czy kurkumy. Chleb maczało się w sosie, który powstał z gotowania, a przy tym panowała naprawdę miła, rodzinna atmosfera. Coś w tym jest, że posiłki jednoczą ludzi ;) Po obiedzie znów byłam trochę upośledzona :P

Bez problemu jednak się nie obyło... Musiałam skorzystać z toalety, bo pęcherz rządzi, tak samo jak dupa. Posłuchałam się go i poszłam do łazienki.

Cyk, cyk. Próbuję włączyć światło... i nic. Myślę sobie, że to nie jest problem. Sikało się po ciemku w krzakach to i tutaj kibel znajdę.
Plask, plask. "Co jest kurde mol?" Wchodzę stopą w coś mokrego. W ciemnościach egipskich widzę, że wanna cała upier***** od piasku i wypełniona jakąś butlą. Ekhm, zapewne to butla, która służyła poprzedniego wieczoru do najarania się. Rozumiem. Widzę, że koło wanny stoi jakiś kibel, a w kiblu różne rzeczy pływają...
O nie! W tył zwrot... "Zaraz, zaraz, to w co ja wdepnęłam? Czy to woda, czy to szczochy?" Nie pozwoliłam sobie myśleć za długo, po prostu wyszłam i czekałam ze skrzyżowanymi nogami na okazję. Okazję do wyjścia.

Może określenie wobec Marokańczów, że faceci to świnie nie jest do końca na miejscu, ale na pewno na miejscu jest określenie fleje i brudasy. Chociaż nie, brudasy też nie. Zostańmy przy flejach, przekaz jest jasny.

Wiem, wiem, zaraz będzie pojazd, że dziewczyny są gorsze, nie generalizuj, itd. Żeby nie było, dodam też, że i baby to fleje ;)

Pan w białym trochę za dużo wypalił ;)

Pożegnalne zdjęcie, kapelusznik najstarszy z rodziny.


Na szczęście nie kazali nam długo czekać, bo nastał dla nich koniec weekendu i każdy zbierał się do wyjazdu. I co teraz? Gdzie my pojadym?
Nie pozwolili się nam tym długo martwić, Marokańczyk kazał nam wsiadać do fury, zawiózł nas z powrotem do Sidi Ifni i zafundował noc w hostelu, ładując w nas pyszne kanapki z rybą i napoje.

Wniosek jest taki, że jak już się pozna ludzi, to nie dadzą Ci umrzeć z głodu, czy z zimna. Są lepsi niż ciotki i wujki razem wzięci, serio. Wspominam ten dzień i wieczór z łezką w oku. Te kanapki naprawdę były pyszne...

Gdzieś pod łukami :)

Czytaj dalej...
Smak na podróż © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka