Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

Ludzie gór! Cz. 2

Nastał ten tragiczny dla mnie moment w środku nocy, zwany pełnym pęcherzem.

Dylemat życia. Co zrobić? Czy w ogóle jest jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, za wyjątkiem wystawienia czterech liter na przeraźliwe zimno, ciemność i czyhające za drzewami czworonożne potwory?
Wyobraźnia płata figle i niezależnie od tego, czy zostałabym pożarta, wyjść musiałam. O tak, po prostu.

Poranek okazał się być znacznie przyjemniejszy. Po przerzuceniu całego naszego dobytku na światło dziennie okazało się, że jest wyjątkowo ciepło, a roślinność wokół nas będzie idealną suszarnią dla zawilgoconego namiotu i kilku ubrań.



Suzarnia :)


Słońce rozkosznie grzało moje poliki i dłonie, z pomocą przybyło również wino, które sprawiło, że dostałam wręcz wypieków.

Woda wyproszona w dniu poprzednim posłużyła do porannej „kąpieli” w wychodku, który znajdował się dosłownie 10 metrów od naszej miejscówki. A ponieważ woda ta przez noc porządnie się schłodziła, nie mogłam prosić o lepszą pobudkę i powrót do świata żywych. W reklamówkach ostały nam się kawałki chleba z konserwą wątpliwej jakości. Zjeść jednak trzeba było, ponieważ i plany były ambitne.

Do zdobycia był szczyt Żandarma i dotarcie do niewielkich, górskich jezior, przedzierając się przez mokre i zaśnieżone tereny, których za nic nie można nazwać szlakami. Najpierw jednak chcieliśmy po raz drugi spróbować naszych sił i zaprzyjaźnić się z ludźmi, którzy poprzedniego wieczora tak bardzo zaabsorbowani byli oglądaniem meczu piłki nożnej.

Puk, puk.

- Dzień dobry, czy możemy zostawić tutaj swoje rzeczy na przechowanie? Chcemy iść w góry.
- Hmmm, tu na pewno nie. Na zapleczu, w kuchni. Ale to zależy, jak długo was nie będzie.
- 3 godziny? Bardzo prosimy, ciężko nam z tym będzie wchodzić.
- Tu – wskazał ręką kąt zaplecza. No to chyba nie pogadamy.
- A tu u was w ogóle można coś do jedzenia kupić? - pytam pana, który był kucharzem na restauracji.
- A nie wiem, to trzeba kelnera zapytać – padłam i odechciało mi się pytać o cokolwiek.

Chodźmy w góry, może misie będą bardziej przyjazne i jakimś miodkiem poczęstują.

Kiedy tak niespiesznie ruszaliśmy w stronę gór, między nogami zaczęła plątać się czarna i kudłata psina, której imię dzień wcześniej odebrałam jako osobistą obelgę, bo kiedy padło słowo „żulia” byłam przekonana, że ktoś wyzywa mnie od żula... Żulia jednak była pieskiem, trochę nieśmiałym, ale zdecydowanie wytrwałym i oddanym. Lubiła głaskanie i ukraińską kiełbasę. Nie przepadała za czerstwym chlebem.

Najdzielniejszy pies na świecie- Żulia


Żulia okazała się być najlepiej przygotowana na tę wyprawę- mała, lekka, dużo futerka, no i zawsze na czterech łapach.
Ja odziana w dwie pary spodni, bluzę i kurtkę na wszelkie kataklizmy czułam się i wyglądałam jak zapaśnik sumo, a i tak na samej górze o mało nie zamarzłam, nie mówiąc już o basenie w butach. Brakowało tylko stroju kąpielowego.

Szlaki w ukraińskich górach rzekomo istnieją. Piszę „rzekomo”, bo jest ich jak na lekarstwo i chyba prędzej dojrzy się dzika wśród drzew niż uświadczy turystyczny szlak. Będąc na wysokości około 1400 m n.p.m., na szczyt Żandarma nie było wcale aż tak daleko. Żandarm liczy sobie mniej więcej 1780 m n.p.m. Zanim rozpoczęliśmy prawdziwe wspinanie, uznałam, że taka odległość to pikuś.

Nic bardziej mylnego.

Wypatrzyliśmy szlak, którym żwawo szliśmy około 15 minut, upaprani w śniegu nad kostki. To jednak była najprzyjemniejsza część zdobywania szczytu. Po drodze udało się uwiecznić piękny szafran spiski, potocznie zwany krokusem. Nie mogliśmy obejrzeć go w pełnej krasie, nie mniej jednak ze śniegiem dobrze sobie radził, a taka siła i odwaga zasługuje na poklask i obowiązkowe zdjęcie do albumu. Uroczy, nie ma co.

Powoli budzi się do życia :)


Żulia dalej towarzyszyła nam w podróży, choć byliśmy przekonani, że po pierwszym zakręcie zawróci. Szlak się skończył, widzimy szczyt Żandarma. Czas na porządne, strome wspinanie, okupione okrutną zadyszką, ciągłymi postojami i strachem. Najzwyklejszym strachem. I to z mojej strony, Dawid radził sobie dzielnie i zawsze był na przedzie.

Śnieg sięgał już kolan. Czułam wodę w butach i mokre spodnie. Nawet nie chciałam myśleć o tym, w jakim stanie będę schodzić i czy potem ciężko tego nie odchorujemy. Nie widziałam, co znajduje się pode mną. Spacer często polegał na deptaniu kosodrzewiny czy niskich drzew, które były pokryte białym puchem.

Żulia dogania Dawida. Ja pasuje. Dostałam takiej zadyszki, że obawiałam się ataku serca. Siadam na śniegu, dokoła śnieg, przede mną daleko śnieg, za mną szczyt i śnieg. Z racji wysokości wiatr mnie nie łaskocze, wiatr mnie trzaska po pysku. Jest cholernie zimno, ale po co komu rękawiczki.

Wytrwała do końca!


Dawid powoli dociera na szczyt, wchodzi na skałę. Widzę, że robi zdjęcie. Mija chwila, dwie, trzy... Coś za długo tam stoi, ani wte ani wewte. Szczyt Żandarma w odległości zaledwie kilku metrów, gdy nagle, z jego lewej strony zaczyna osuwać się śnieg. Jeszcze lawiny brakowało... Ja dalej siedzę, nie ruszam się za bardzo, krzyknąć do Dawida nie mogę, bo jeszcze zrobię nam krzywdę, ale niechże schodzi w końcu...

Żulia zdążyła już do mnie podbiec, położyć mi się na kolanach, najpewniej zwyczajnie znudzona czekaniem na górze. Wiatr dalej trzaska w pysk, może i jeszcze bardziej, bo siedzę dobre pół godziny, niebo zaczyna szarzeć. A w głowie wizualizuje sobie kolejną lawinę...

Na szczęście Dawid powoli, ostrożnie zaczął schodzić tyłem, na czterech kończynach- jak Żulia. Wszystko po to, by nie spowodować kolejnego osunięcia się śniegu. Kolejne 10 minut minęło, ale w końcu w trójkę zeszliśmy ze stromizny.

Selfie na skale. Wcale nie było tak O.K.


Tak najszybciej łapie się słońce ;)


W planach były jeziorka. Tyle, że ich położenie nie do końca było znane, a gonił nas czas, no i też świadomość, że żaden kawałek naszej odzieży nie był suchy. Żulia czekała na nas cierpliwie, wyprzedzając nieznacznie, kiedy się zbliżaliśmy. Zejście wcale nie okazało się łatwiejsze. Zadyszki może mniej, tempo szybsze, ale ja co chwilę lądowałam rękami w śniegu, co potem skutkowało odmrożeniami. W butach to już dawno przestał być basen, tylko aquapark czy kompleks wodnych zbiorników ze zjeżdżalniami...

Darmowe czyszczenie butów


W końcu trafiliśmy na poprzedni szlak, po drodze minęliśmy piękne skupisko kaczeńców i mogliśmy nacieszyć się w spokoju widokiem gór. Góry piękne, w maju pełna zima. Poleciłabym sobie jednak następnym razem lepsze przygotowanie, trwalsze i nieprzemakalne buty. No i rękawiczki.




Na szczęście nasz dobytek czekał na kuchennym zapleczu, ochoty bratania się po raz trzeci jednak nie było. Latarnie dawno świeciły, bo i powrót zaliczyliśmy dość późno. Tym razem jednak nie mogliśmy odpuścić ogniska, chociażby ze względu na potrzebę porządnego rozgrzania, no i wysuszenia rzeczy. Przygotowanie drewna chwile zajęło, Dawid wpadł na genialny pomysł ogrodzenia się karimatami przed wiatrem. Dzięki jego uporowi ogień poszedł w ruch na dobre kilka godzin, podczas których prawie zasnęłam, oparta na jego plecach. Wcześniej jednak przygotowałam mistrzowski posiłek z zupki instant i wcześniej podsmażonego kawałka boczku. To dopiero była wyżera!

A gdzie Żulia w tym wszystkim? A Żulia poszła z nami, znalazła sobie miejsce do drzemania i była naszym Aniołem Stróżem :) Do samego końca przygody z ośrodkiem narciarskim w Darhobrat. Trzeba przyznać, że to psina o dobrym sercu, jednak zdecydowanie o wrażliwych kubkach smakowych. No, ale kto po takim fizycznym wysiłku połasiłby się na chleb? No kto?





Czytaj dalej...

Ludzie gór! Cz. 1

Noc w Jaremcze, poprzedzająca wyprawę w ośnieżone góry, miała okazać się ostatnią ciepłą i przyjemną nocą. Potem nie zostało nam nic innego, jak kilka warstw ubrań i próby zaklejania szarą taśmą wszelkich otworów w namiocie.

Ciężko było nam rozstać się z tym pięknym miastem. Koło południa handel kwitł w najlepsze, a z budek dochodziły kuszące zapachy jedzenia. Na odchodne zabraliśmy po ukochanym pierożku i czekaliśmy na jakąś dobrą duszę, która przybliży nas do celu.

Następnym przystankiem była Jasina, która okazała się wyśmienitym miejscem, zarówno na spożycie wina domowej roboty, jak i na odpoczynek dla moich zbolałych stóp. Nawet po kilku dniach dłuższych spacerów nogi nie przyzwyczaiły się do takiego wysiłku. Krzyczały i prosiły o litość, ale mogłam leczyć je tylko wcześniej zakupioną maścią na stłuczenia i wyżej wspomnianym winem. Trochę pomagało.

Bociek wita nowo przybyłych w Jasinie :)

Centrum miasta było niewielkie, a też niewiele w nim było życia. Postanowiliśmy nie zatrzymywać się na dłużej, aczkolwiek jak się potem okazało, miasto to było właściwie metą dla kierowców osobówek. W dalszą część gór można było pojechać co najwyżej jeepem, którego by nam chętnie załatwiono za jakieś 20-30 dolarów. Gdyby pan taksówkarz wiedział, że te 20-30 dolarów to budżet na całą naszą wyprawę, pewnie nie zawracałby sobie nami głowy. Z uporem maniaka stanęliśmy na przystanku autobusowym, gdzie po kilkudziesięciu minutach w końcu ktoś poradził, byśmy wsiedli do autobusu. Miał on podwieźć nas w miejsce, skąd musielibyśmy udać się dalej na piechotę.

Niestrudzony w łapaniu kolejnych aut

Kierowaliśmy się na Darhobrat, skąd już niedaleko, by zdobyć szczyt Bliźnicy (1883 m n.p.m.) – najwyższej góry w paśmie Świdowca. Z naszych ustaleń wynikało, że przed nami około 12 km marszu, na co moje nogi skamieniały i nie chciały się z dystansem pogodzić. Właściwie pora była już wczesno-wieczorna, a słońce nie rozpieszczało nas długo swoimi promieniami, dlatego ruszyliśmy przed siebie, by znaleźć chociaż dobre miejsce na nocleg. Szczęście w nieszczęściu, że Dawid spróbował poszukać miejsca na własną rękę i w międzyczasie drogę zajechał jeep z panem w środku, który szczerze się zdumiał, co ja w ogóle TU robię. TU, czyli na takim zadupiu.

Odpowiedź rzuciła się sama: W góry! Na Darhobrat! Zabierzecie?

Stąd miało zacząć się 12 km przygody...



Czekałam tylko na magiczne „tak”, by oznajmić panu, że w takim razie jeszcze po swojego „malczika” (chłopaka) zawołam. Wyraz twarzy bezcenny, bo może się panu wydawało, że zabierze mnie w romantyczną podróż, a tu niespodzianka. Nie zeźlił się jednak za bardzo, poczekał cierpliwie na Dawida, a ja w duchu dziękowałam za ten wspaniały gest. Zawsze to 12 km mniej…

Wywiózł nas pod ośrodek, który, za wyjątkiem personelu, świecił pustkami. Jak się okazało, takie właśnie jeepy, jeżdżąc do swoich baz w górach, zabierają ze sobą zmęczonych chodzeniem ludzi i na tym zarabiają. Poszczęściło się nam, nie ma co!

Klimat zmienił się diametralnie. W końcu zajechaliśmy na wysokość 1400 m n.p.m. Był maj, a śnieg w najlepsze chrzęścił pod butami. Wysiadając z samochodu, naprawdę się zastanawiałam, jak będzie wyglądała noc w namiocie. W ekwipunku było zimne już piwo, a organizm domagał się ciepłego posiłku. Ryzyk-fizyk pomyślałam. Skoro ktoś nas tu dowiózł, to i wrzątek dostaniemy. Zupki chińskie czekały. Nie będę też czarować, że liczyłam skrycie na propozycję noclegu na zimnej podłodze ośrodka. Zawsze to zimna podłoga, a nie zimny i mokry śnieg.

Widok z namiotu za dnia

Aż tak dobrze być nie mogło. Personel bardzo był zainteresowany, ale meczem, który odbywał się na ekranie telewizora. Za pierwszym razem otrzymaliśmy kubeł zimnej wody na zupki, więc i propozycji przekimania nie można było się spodziewać. Nie ma jednak, co narzekać. Zjedliśmy ciepły posiłek? Zjedliśmy! Zupka chińska w takiej temperaturze smakuje jak najbardziej wykwintne, restauracyjne danie.

Do wyboru mieliśmy przenocowanie na żwirze, który robił w szczycie sezonu za parking lub w lesie, który o tej porze był trochę przerażający, no i mokry…. Ostatecznie osłona drzew przed zimnem i miękkie podłoże przeważyły szalę, by stać się ludźmi lasu. O godzinie 23.00 miałam na sobie dwie warstwy ubrań, a i tak trzęsłam się jak osika. Oczywistą oczywistością była próba rozpalania ogniska, która zakończyła się trzymaniem zimnych i zawilgoconych kijaszków w ręce. 2h strojenia skutecznie nas zniechęciło, a może i przede wszystkim zmęczyło. Drewna wokół mnóstwo, nic jednak nie nadawało się na trwałe rozpalenie. Efekt końcowy był taki, że zamknęliśmy się w namiocie z butelką piwa i wina (i chyba jeszcze jakiejś czystej), śmierdząc dymem niemiłosiernie. Pomimo schowania się wśród drzew, nocka była prawie nieprzespana przez zimny wiatr, który wdzierał się w każdą szczelinę.

I pomyśleć, że kilka metrów dalej rozgrywał się najciekawszy mecz piłki nożnej pod słońcem…


Po ciężkiej nocy wino z rana jak śmietana

PS Nie żebym nie doceniała uroków namiotowego spania z dala od ludzi. Widok rozgwieżdżonego nieba niejednego by natchnął do napisania romantycznego wiersza ;-)

PS 2 Zdobywanie gór z najwierniejszych psem na świecie już za kilka dni! Złapcie oddech na więcej :-)


Czytaj dalej...

Kraina miodem płynąca! Jaremcze!

Noc nieprzespana, a i przed południem wyruszyliśmy dalej, byle przed siebie. W góry!

10 km spaceru, buty zaczynają uwierać, jakoś ciężej się na plecach robi, więc postanawiamy zatrzymać się na przystanku autobusowym. Całe szczęście szybko złapaliśmy podwózkę u chłopaka, który wywiózł nas już na główniejszą drogę na Jaremcze. Tam chwilowy postój w celu zreperowania prującego się pokrowca do namiotu, zakup zimnych napojów i szybki skok w celu opróżnienia pęcherza. Dla mnie niestety niefortunny, źle nadepnęłam na kamień i przez kolejny dzień marsze okupione były bólem. Jak to się mówi? Twardym trzeba być, nie miętkim?

Kolejny kierowca wysadził nas w jakiejś małej miejscowości i stamtąd poruszaliśmy się tylko marszrutkami, robiąc przerwy na wysiorbanie piwa z butelki czy zakup maści na stłuczenia w aptece. Dawid stał się właścicielem taniego jak barszcz cygara o waniliowym aromacie. Wyzierała z niego paskudna słodycz, porównywalna do kadzidełkowych wynalazków, po których mdli jak diabli… Jakimś cudem to wypalił i jakimś cudem nie zwymiotował. Dzielny, a co!

 Jak już wspominałam wcześniej, marszrutki z wioski do wioski kosztują grosze, a zależało nam na czasie, więc nie bawiliśmy się w stopowanie od skrzyżowania do skrzyżowania. Góry ważniejsze, tam trzeba spędzić jak najwięcej czasu!

Zielono mi...


Do Jaremczy dostaliśmy się wieczorem, na szczęście nie byliśmy skazani na samotny marsz po nieznanych terenach, bo przed odjazdem autobusu Dawid poznał Vitalego, który zaproponował pomoc i piwko. Miasto bardzo urokliwe, stanowi główny ośrodek wypoczynkowy na Ukrainie. Za dnia centrum jest pełne ludzi, straganów, sklepików sprzedających pamiątki. Dzieci bawią się na dmuchanych zjeżdżalniach z widokiem na piękny wodospad. To w Jaremczy jest jedyny i niepowtarzalny most kolejowy, którego przejście wymaga wielkiej odwagi. W jego dole płynie rwąca rzeka, kamienne płyty wydają się solidne, ale szpary między nimi mrożą krew w żyłach. Dla tych, którzy mają lęk wysokości (ale taki prawdziwy)- nie polecam.

Nie zdziwiałbym się, gdyby oryginalnie nazywano ten most "Mostem śmierci" ;)

Jaremcze to także poczta, która nie sprzedaje kartek i która zamyka się o wczesnych godzinach.

To także miasto wspaniałych oscypków, bryndzy i innych domowych wyrobów, jak marynowane grzyby, papryki chilli, wina, zioła. Wszystko, czego dusza zapragnie. A tu można sobie na to pozwolić, bo ceny podobne jak w Polsce… tylko tej z lat 90-tych. Kilogram bryndzy kosztuje 80UAH, czyli jakieś 15PLN. Kilo sera! Gdyby człowiek nie targał wiecznie tego plecaka i zazwyczaj jakiejś dodatkowej siaty, to bierę od razu.

Fifki, dzbanki, łopatki, podkładki.. co chcecie!

Miody, miody i jeszcze raz miody... Wina, kompoty- raj!


W Jaremczy poznaliśmy hucułów, czyli górali zamieszkujących wschodnią część Karpat, którzy prowadzili restaurację, zagrali na żywo piękną huculską muzykę i pogawędzili trochę. Urzekły mnie ich proste koszule z równie prostym, ale ładnym haftem. Urzekło mnie to, że wszystkie pokolenia nosiły tradycyjne stroje. Od młodocianych do starszych ludzi włącznie. Wszyscy byli niesamowicie pomocni i gościnni, jednocześnie nie oczekując niczego w zamian. 

Sama restauracja, którą odwiedziliśmy, była urządzana w góralskim stylu. Drewno, kominek, haftowane obrusiki, ludowe stroje i ręcznie zdobione naczynia. Większość wisiała na ścianach i cieszyła oczy odwiedzających. Lokal urządzony ze smakiem, aż czułam, że w tych obdrapanych ciuchach tam nie pasuje…

Huculska restauracja, huculskie dekoracje

Restauracje restauracjami, ale na uwagę zasługuje pierożkarnia, która słynie z serwowania niestandardowych pierożków z farszem. Niestandardowych w naszym rozumieniu, bo nie chodzi o pierogi, a  o dobrze wypieczone ciasto w kształcie pieroga. Jeden pierożek to dobra przekąska, a dwa pierożki to już fajna kolacja. Pierożek z ziemniakami, z grzybami, z mięsem, z podrobami, na słodko… do wyboru do koloru. Nie mogliśmy się zdecydować, więc suma sumarum podczas kilku wizyt spróbowaliśmy wszystkich słonych wersji ;) Na ciepło jeszcze lepsze! Pierożki zawładnęły mym sercem.
Niepozorny pierożek, ale wielki :)

Banosz- lokalna potrawa z mąki kukurydzianej, z bryndzą i świeżym koperkiem. Tanie, syte i pyszne przede wszystkim!


Na uwagę zasługuje również ‘atrakcja’, która w godzinach wieczornych była bezludna, a wejście kosztowało raptem 3zł za łebka. Nazywam to ‘atrakcją’, ponieważ doszły nas słuchy, że była to rezydencja prezydenta, czy właściwie jeden z jej elementów, ale Internet niewiele mi na ten temat powiedział. Przekraczając kasę, mieliśmy możliwość zapoznać się z przeróżnymi gatunkami zwierząt. Ptactwo wszelkiej maści, od bażanta, przez pawia, do sowy. Wszystkie zamknięte w klatkach, ale bardzo zadbane i zdecydowanie przyzwyczajone do widoku ludzi. Im dalej w las, tym większe zwierzęta napotykaliśmy na swojej drodze. Dawid nawet dyrygował dzikami, które na jego machnięcie ręką zaczynały przeraźliwie kwiczeć, chrumkać, czy co tam robią dziki… Zabawę miał przednią, mógł tak bez końca.
Małe randez-vous?

Głodne to było, dzikie, ale koncert był niezły ;)

Jak wspomniałam, postać Vitalego przewijała się przez cały wieczór. Chłopak bardzo dobrze mówił po polsku, bo, jak to spora część Ukraińców, po prostu wyjechał do Polski na studia i za pracą. Polska oczami Ukraińca, to trochę tak jak UK naszymi oczami: bogate państwo, ładne drogi, pracy nie brakuje… Vitali zaprosił też swoją dziewczynę, Veronicę, która została wystawiona na ciężką próbę: musiała się ze mną jakoś porozumieć. Mój ukraiński był nieco lepszy, niż jej polski, ale w sumie dogadanie się nie było bardzo problematyczne, nawet nie musiałam zbyt dużo gestykulować. Obydwie wpadłyśmy w pułapkę gadulstwa chłopaków, bo piwkowanie pod drzewkiem było przyjemne, tyle że nie wyrabiałyśmy z zimna. Owinęłyśmy się szczelnie śpiworem i całe dygotałyśmy, podczas gdy chłopaki w cienkich bluzach wydawali się zupełnie nieprzejęci temperaturą, która na tamtą chwilę była pewnie powyżej zera, ale zakładam, że niewiele więcej.

Alkohol nie rozgrzewa, oj nie...
Noc była wyjątkowo spokojna i ciepła, bo w otoczeniu drzew. Co prawda przed spaniem podjęliśmy próbę rozpalenia ogniska, ale wcześniejsze deszcze utrudniły nam to zadanie i koniec końców, po godzinie strojenia, wskoczyliśmy do namiotu, żeby się ogrzać. Z rana czekało nas szybkie zwinięcie maneli i wyjście z miasta, by zbliżyć się do ośnieżonych szczytów!



Czytaj dalej...

Rozgrzewka przed zdobywaniem ukraińskich szczytów

Chwilowo opuszczamy marokańskie klimaty, by wprowadzić nieco górskiej świeżości i nieprzewidywalności. Minął tydzień od naszej autostopowej wyprawy w ukraińskie góry (Gorgany, Świdowiec, Czarnohora), a w związku z tym, że w ciągu stosunkowo krótkiego czasu wiele się działo, warto wspomnieć, jak u tego naszego wschodniego sąsiada jest.

Ukraińskie góry uznawane są za jedne z najdzikszych w Europie i jedne z najpiękniejszych. Szlaków jak na lekarstwo, czynnych schronisk również. Sama natura, piękne lasy i jeziora. Roślinność zmienia się można powiedzieć z każdym pokonanym metrem. Śnieg do kolan, sporo do zobaczenia. Może trafimy na pastucha, zaprosi nas do domu  i nakarmi bryndzą?

Nie jeden ukraiński kierowca pytał nas o opinie w sprawie ukraińskich dróg, zazwyczaj zaznaczając, że te ukraińskie to złe, a polskie dobre. Trudno tutaj racji nie przyznać, ale na osłodę tym serowym drogom wychwalaliśmy pod niebiosa ukraińską Warszawkę. Smutny uśmiech pojawiał się na twarzach kierowców. Tylko jedna. No, może dwie główne drogi na całą Ukrainę, ale to trochę za mało.

Jedyne 22 km kolein

Jeden z naszych autostopowych przystanków

7 dni to na tyle dużo, że postanowiliśmy za radą kierowcy jechać drogami regionalnymi, co by więcej zobaczyć. Już nie chodzi o te nieszczęsne drogi. Jazda z wioski do wioski jest bardziej atrakcyjna z antropologicznego punktu widzenia. Ludzie się zatrzymują, są ciekawi turysty. Ucinają pogawędki, czasem zaproszą, czasem nie, ale warto sobie czas umilać. Jeśli ludzie nie są ciekawi, to z pewnością my znajdziemy coś interesującego w lokalnym sklepie. Wybór piw za przysłowiowe grosze jest duży, a będąc na Ukrainie nie można zapomnieć o suszonych rybkach- słonej przekąsce, słonej też w cenie, ale jakże pysznej! Gatunków ryb do wyboru, do koloru. Nie lubisz ryb? No to i kalmary suszone znajdziesz. Wszystko to stokroć lepsze od chipsów, paluszków i innych kalorycznych dziwactw. Zapach trochę odrzucający, ale do alkoholu (szczególnie piwa, wódki) wchodzi jak złoto.

Pierwszy odpoczynek po ukraińskiej stronie miał miejsce w Samborze przy dworcu autobusowym. Spragnieni kwasu i lokalnej kuchni udaliśmy się na polowanie. Pierwsza buda: hot dogi. Druga buda: hot dogi. Trzecia buda: hot dogi i hamburgery… Idę po kwas, bo nie wierzę własnym oczom. Pozostaje nadzieja, że kwas z kija mają dobry.

Uff, jak zwykle smaczny i orzeźwiający. Ostatecznie nie wygrał z piwem, bo było to pierwsze i ostatnie miejsce, gdzie go piliśmy, ale i tak warto było. Co z tym jedzeniem? Stanęło na hot dogu. Hot dogu, który w całości z bułką i parówą wrzucony był do mikrofali, napakowany dużą ilością surówki i zalany przeróżnymi sosami. Buła gumowata, nie pierwszej świeżości, ale to chyba lokalny sposób przygotowywania tego przysmaku. Głodni nie wyjechaliśmy, a i stare, dobre lata 90. się przypomniały.

Przerwa na DA w Samborze, jeszcze przed królewskim hot dogiem.

Polecono nam pojechać do następnej wioski marszrutką (miejski lub międzymiastowy środek transportu), żeby zaoszczędzić czas. Pieniędzmi się nie przejmowaliśmy, bo 15-20 km trasy kosztuje 2-3 zł od łebka. W szczególności nie miały one dla nas znaczenia po tym, jak zobaczyliśmy nasz pojazd! Autobus Need For Speed dowiezie na miejsce z prędkością światła ;-) Tylko my byliśmy tak rozentuzjazmowani, na innych nie robiło to wrażenia.

Nasz superszybki i supertani pojazd
Czystość szyb w autobusie pozostawiała wiele do życzenia, ale trzeba przyznać, że widoki rekompensowały wszystko. Prostota w czystej postaci. Domki prawie że jednakowe, z warzywno-owocowym ogródkiem na przedzie, trochę trawki dla krów i kóz, drzewa owocowe. Po prostu odskocznia od szarej, miejskiej codzienności. Co ciekawe, Ukraińcy pamiętają o swojej historii, patriotyzm widoczny jest na każdym kroku. Nawet w małych wioskach spotkać można pomniki upamiętniające poległych żołnierzy, flagi ukraińskie powiewające na wietrze przy świetlicach, kopcach. Te mniej chlubne, banderowskie, również powiewają. Jedna obok drugiej. Ukraińska i banderowska. Razem. Dla nich to nic złego, oni mają swoją historię, a my swoją.

Taki sobie ładny widok na pobliską wioskę

"Sława Gierojom", sława bohaterom. Tutaj też wisiała banderowska flaga.


Po kilku godzinach stania i jazdy doczłapaliśmy się tirem (szalał jakieś 30km/h) do wioski, w której postanowiliśmy osiąść z racji później pory. Całe szczęście, przed zmrokiem znaleźliśmy sklep, w którym zaopatrzyliśmy się w razie najgorszego. Piwko, wódka, suszone rybki. Nic więcej nie potrzeba. Właściwie to można było odmaszerować, ale zaczęli zaczepiać nas łebki, wiek 35-40, bo człowieki z plecakami na wiosce to rozrywka lepsza niż wódka. A jeśliby połączyć te rozrywki, to można spokojnie umierać, tyle się dzieje!

Rozmowa jak rozmowa. Skąd jesteście? Dlaczego tutaj? Dokąd jedziecie? Ludzka ciekawość, proste pytania, ale dobrze się rozmawia. Jedna wódeczka. Trochę rybek i druga wódeczka. Dwa różne języki, ale różnice zaczęły się jakby zacierać. Gada się miło, trochę kaleczymy język, ale wszystko rozumiemy! Czasem ta seta na odwagę naprawdę jest wskazana ;-) Otwieramy jakieś indycze szyjki, nowość na rynku, w życiu nie jadłam czegoś takiego w formie przekąski. Zapijamy kolejnym kielichem, bo szyjki pikantne. Robi się późno i chłodno, ale towarzystwo w najlepsze świętuje. Mamy zaproszenie do domu!

Ledwo otworzyły się drzwi, na stole wszystko było już gotowe: kanapki z szynką, ser twarogowy ze szczypiorkiem, coś na osłodę, kawa, herbata. Siostra naszego wybawcy uwijała się jak w ukropie, było mi głupio, a z drugiej strony byłam cholernie wzruszona.  Zmieniło się tyle, że siedzieliśmy przy stole i każdy miał coraz więcej w czubie. W międzyczasie wkroczył samogon (domowy wysokoprocentowy alkohol), potem likier kawowo-śmietankowy, istne combo dla żołądka, chociaż miałam wrażenie, że trzymamy się z Dawidem nieco lepiej niż właściciel. Godzina 1.00, a kolega miał rzekomo na rano do pracy. Do dziś nie wiemy, czy wstał… Impreza tak jak hucznie się zaczęła, tak samo hucznie się skończyła. Właściciel chciał przytulić własność Dawida, nie pytając o pozwolenie, więc stanowczo Dawid o nią poprosił. Musiało to pana zaboleć i po chwili namysłu wypieprzył nas z domu, żeby było nam rześko. O 2.00 w nocy! To nasza druga próba noclegu na Ukrainie, która skończyła się tym, że nas wyproszono. Pierwsza była o tyle udana, że dali nam się przespać, a nad ranem kazali spadać gdzie pieprz rośnie. Tutaj nawet nie mieliśmy takiej możliwości. Bo co? Bo gościu za dużo wypił i uznał, że to właściwy moment pokazać Polakom, gdzie raki zimują. Wspomniałam, że gospodarz był jednym z tych, którzy mają swoją historię i określał się jako banderowiec? Całe zło z człowieka po alkoholu wychodzi. Jest nauczka na przyszłość.

Więcej rybek, mniej wódki. A już na pewno nie likier Sheridan…


No ale co? Chyba jedziemy dalej.
Czytaj dalej...
Smak na podróż © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka