Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty

Rozgrzewka przed zdobywaniem ukraińskich szczytów

Chwilowo opuszczamy marokańskie klimaty, by wprowadzić nieco górskiej świeżości i nieprzewidywalności. Minął tydzień od naszej autostopowej wyprawy w ukraińskie góry (Gorgany, Świdowiec, Czarnohora), a w związku z tym, że w ciągu stosunkowo krótkiego czasu wiele się działo, warto wspomnieć, jak u tego naszego wschodniego sąsiada jest.

Ukraińskie góry uznawane są za jedne z najdzikszych w Europie i jedne z najpiękniejszych. Szlaków jak na lekarstwo, czynnych schronisk również. Sama natura, piękne lasy i jeziora. Roślinność zmienia się można powiedzieć z każdym pokonanym metrem. Śnieg do kolan, sporo do zobaczenia. Może trafimy na pastucha, zaprosi nas do domu  i nakarmi bryndzą?

Nie jeden ukraiński kierowca pytał nas o opinie w sprawie ukraińskich dróg, zazwyczaj zaznaczając, że te ukraińskie to złe, a polskie dobre. Trudno tutaj racji nie przyznać, ale na osłodę tym serowym drogom wychwalaliśmy pod niebiosa ukraińską Warszawkę. Smutny uśmiech pojawiał się na twarzach kierowców. Tylko jedna. No, może dwie główne drogi na całą Ukrainę, ale to trochę za mało.

Jedyne 22 km kolein

Jeden z naszych autostopowych przystanków

7 dni to na tyle dużo, że postanowiliśmy za radą kierowcy jechać drogami regionalnymi, co by więcej zobaczyć. Już nie chodzi o te nieszczęsne drogi. Jazda z wioski do wioski jest bardziej atrakcyjna z antropologicznego punktu widzenia. Ludzie się zatrzymują, są ciekawi turysty. Ucinają pogawędki, czasem zaproszą, czasem nie, ale warto sobie czas umilać. Jeśli ludzie nie są ciekawi, to z pewnością my znajdziemy coś interesującego w lokalnym sklepie. Wybór piw za przysłowiowe grosze jest duży, a będąc na Ukrainie nie można zapomnieć o suszonych rybkach- słonej przekąsce, słonej też w cenie, ale jakże pysznej! Gatunków ryb do wyboru, do koloru. Nie lubisz ryb? No to i kalmary suszone znajdziesz. Wszystko to stokroć lepsze od chipsów, paluszków i innych kalorycznych dziwactw. Zapach trochę odrzucający, ale do alkoholu (szczególnie piwa, wódki) wchodzi jak złoto.

Pierwszy odpoczynek po ukraińskiej stronie miał miejsce w Samborze przy dworcu autobusowym. Spragnieni kwasu i lokalnej kuchni udaliśmy się na polowanie. Pierwsza buda: hot dogi. Druga buda: hot dogi. Trzecia buda: hot dogi i hamburgery… Idę po kwas, bo nie wierzę własnym oczom. Pozostaje nadzieja, że kwas z kija mają dobry.

Uff, jak zwykle smaczny i orzeźwiający. Ostatecznie nie wygrał z piwem, bo było to pierwsze i ostatnie miejsce, gdzie go piliśmy, ale i tak warto było. Co z tym jedzeniem? Stanęło na hot dogu. Hot dogu, który w całości z bułką i parówą wrzucony był do mikrofali, napakowany dużą ilością surówki i zalany przeróżnymi sosami. Buła gumowata, nie pierwszej świeżości, ale to chyba lokalny sposób przygotowywania tego przysmaku. Głodni nie wyjechaliśmy, a i stare, dobre lata 90. się przypomniały.

Przerwa na DA w Samborze, jeszcze przed królewskim hot dogiem.

Polecono nam pojechać do następnej wioski marszrutką (miejski lub międzymiastowy środek transportu), żeby zaoszczędzić czas. Pieniędzmi się nie przejmowaliśmy, bo 15-20 km trasy kosztuje 2-3 zł od łebka. W szczególności nie miały one dla nas znaczenia po tym, jak zobaczyliśmy nasz pojazd! Autobus Need For Speed dowiezie na miejsce z prędkością światła ;-) Tylko my byliśmy tak rozentuzjazmowani, na innych nie robiło to wrażenia.

Nasz superszybki i supertani pojazd
Czystość szyb w autobusie pozostawiała wiele do życzenia, ale trzeba przyznać, że widoki rekompensowały wszystko. Prostota w czystej postaci. Domki prawie że jednakowe, z warzywno-owocowym ogródkiem na przedzie, trochę trawki dla krów i kóz, drzewa owocowe. Po prostu odskocznia od szarej, miejskiej codzienności. Co ciekawe, Ukraińcy pamiętają o swojej historii, patriotyzm widoczny jest na każdym kroku. Nawet w małych wioskach spotkać można pomniki upamiętniające poległych żołnierzy, flagi ukraińskie powiewające na wietrze przy świetlicach, kopcach. Te mniej chlubne, banderowskie, również powiewają. Jedna obok drugiej. Ukraińska i banderowska. Razem. Dla nich to nic złego, oni mają swoją historię, a my swoją.

Taki sobie ładny widok na pobliską wioskę

"Sława Gierojom", sława bohaterom. Tutaj też wisiała banderowska flaga.


Po kilku godzinach stania i jazdy doczłapaliśmy się tirem (szalał jakieś 30km/h) do wioski, w której postanowiliśmy osiąść z racji później pory. Całe szczęście, przed zmrokiem znaleźliśmy sklep, w którym zaopatrzyliśmy się w razie najgorszego. Piwko, wódka, suszone rybki. Nic więcej nie potrzeba. Właściwie to można było odmaszerować, ale zaczęli zaczepiać nas łebki, wiek 35-40, bo człowieki z plecakami na wiosce to rozrywka lepsza niż wódka. A jeśliby połączyć te rozrywki, to można spokojnie umierać, tyle się dzieje!

Rozmowa jak rozmowa. Skąd jesteście? Dlaczego tutaj? Dokąd jedziecie? Ludzka ciekawość, proste pytania, ale dobrze się rozmawia. Jedna wódeczka. Trochę rybek i druga wódeczka. Dwa różne języki, ale różnice zaczęły się jakby zacierać. Gada się miło, trochę kaleczymy język, ale wszystko rozumiemy! Czasem ta seta na odwagę naprawdę jest wskazana ;-) Otwieramy jakieś indycze szyjki, nowość na rynku, w życiu nie jadłam czegoś takiego w formie przekąski. Zapijamy kolejnym kielichem, bo szyjki pikantne. Robi się późno i chłodno, ale towarzystwo w najlepsze świętuje. Mamy zaproszenie do domu!

Ledwo otworzyły się drzwi, na stole wszystko było już gotowe: kanapki z szynką, ser twarogowy ze szczypiorkiem, coś na osłodę, kawa, herbata. Siostra naszego wybawcy uwijała się jak w ukropie, było mi głupio, a z drugiej strony byłam cholernie wzruszona.  Zmieniło się tyle, że siedzieliśmy przy stole i każdy miał coraz więcej w czubie. W międzyczasie wkroczył samogon (domowy wysokoprocentowy alkohol), potem likier kawowo-śmietankowy, istne combo dla żołądka, chociaż miałam wrażenie, że trzymamy się z Dawidem nieco lepiej niż właściciel. Godzina 1.00, a kolega miał rzekomo na rano do pracy. Do dziś nie wiemy, czy wstał… Impreza tak jak hucznie się zaczęła, tak samo hucznie się skończyła. Właściciel chciał przytulić własność Dawida, nie pytając o pozwolenie, więc stanowczo Dawid o nią poprosił. Musiało to pana zaboleć i po chwili namysłu wypieprzył nas z domu, żeby było nam rześko. O 2.00 w nocy! To nasza druga próba noclegu na Ukrainie, która skończyła się tym, że nas wyproszono. Pierwsza była o tyle udana, że dali nam się przespać, a nad ranem kazali spadać gdzie pieprz rośnie. Tutaj nawet nie mieliśmy takiej możliwości. Bo co? Bo gościu za dużo wypił i uznał, że to właściwy moment pokazać Polakom, gdzie raki zimują. Wspomniałam, że gospodarz był jednym z tych, którzy mają swoją historię i określał się jako banderowiec? Całe zło z człowieka po alkoholu wychodzi. Jest nauczka na przyszłość.

Więcej rybek, mniej wódki. A już na pewno nie likier Sheridan…


No ale co? Chyba jedziemy dalej.
Czytaj dalej...

To je Maroko, tego nie ogarniesz!

A dziś będzie z innej beczki moi Drodzy! Miało być o lotach, promach i piniondzach, ale mam ochotę na małą anegdotę (nie czuję, że rymuję) ;-)

Maroko fascynuje od samego początku, od momentu postawienia zbielałej stopy na afrykańskim kontynencie. Wylądowaliśmy na lotnisku w Agadirze, więc pierwsza zafascynowała mnie wszechobecna pustka, brak turystów, tylko susza naokoło, dwa samoloty i niewinnie wyglądający budynek, który okazał się centrum dowodzenia lotniska. Wszystko w kolorze piasku, tak, że prawie czułam jego smak na języku, a ziarenka przyklejały się do spoconego ciała. Gorąco co jakiś czas wymierzało plaskacza, ale poza tym byliśmy szczęśliwi, że moda zamachów i katastrof lotniczych nas nie dosięgła, czyt. dolecieliśmy cali i zdrowi :D Poza tym, poczucie bezpieczeństwa rosło wraz z widokiem lokalnych ochroniarzy, których sprzęt mógłby zostać wykorzystany w najlepszych filmach akcji. Oczywiście chodzi mi o broń, a nie o… ekhm. Nawet człowiekowi do łba strzeliło (hehe), żeby fotki robić, a przecież minutę później mogłam mieć kulkę między oczami. Miałabym wtedy trzy oczy i świetne zdjęcie! Stanęło jednak na tym, że wolę swoje dwa i bez zdjęcia.

Wypad z samolotu, jeszcze nie wiemy, co czeka nas po wejściu do środka...

Zatłoczone wejście do budynku lotniska, te kolejki były naprawdę męczące :P
Czujecie te pustkę naokoło?


Stojąc w ogromnej kolejce do kontroli paszportu w głowie miałam różne scenariusze przeprawy, bo panowie kontrolerzy byle kogo nie wpuszczali! Oj nie, wzrok bazyliszka i wywiady z upolowanymi zdobyczami. Któż musiał się tłumaczyć? No kto? Oczywiście, że JA… Francuski mode włączony, jąkanie również sprawnie mi szło. Pan coś stuka, klika na klawiaturze, wpisuje adres hotelu z kartki, którą wcześniej mu wręczyłam i z zaciekawieniem pyta:

- A to wie pani, że ten hotel to na Saharze?
- Yyy… ależ nie, to blisko Agadiru jest, proszę pana!
- Miejscowość XYZ jest na Saharze, proszę panią.
- To może są dwie miejscowości XYZ, ja do tej bliżej Agadiru.

Serce skacze, ja dyszę i się pocę, pan po raz ostatni patrzy na mnie spode łba i z kredytem zaufania równym zeru przybija dziad te pieczątkę i puszcza mnie wolno.

- Ciebie też pytali, dokąd jedziesz? – pytam Dawida.
- Nie, podałem paszport, podbił i poszedłem.

Aha. Czyli na dzień dobry mówi się (nie wprost) kobietom, że będą miały gorzej i trudniej :P

Sprawę pieniądza muszę poruszyć, bo waluty do Maroka wwozić nie wolno, ale warto coś mimo wszystko wymienić na lotnisku. Najlepsze do tego jest Euro, ale i $$$ nie pogardzą ;) Zza okien kantorów wychylały się hieny, które łypały na nas swoimi wielkimi oczami, ślina ściekała po szybach i można było wyczuć nieprzyjemny oddech na swojej szyi. Hien tych w jednym kantorze było kilka. Jedne rodzaju żeńskiego, w innym kantorze rodzaju męskiego. Każda z nich, jak to hiena, miała na swoim pysku przebiegły uśmieszek, który zdradzał, że jesteśmy dla nich cennymi kąskami i mogą z nas wycisnąć parę drobiazgów, jak nie całe kilogramy… Panie przywoływały nas skinieniem głowy, szerokimi uśmiechami i kłamstwami, że przecież kurs wszędzie jest taki sam. A guzik prawda. Z racji tego, że to JA dysponowałam kasą, z oczywistych względów poszłam do kantoru z panami, Dawid nie miał nic do gadania :P Ale rozsądek wziął górę i rozmieniliśmy na dobry początek 10EUR, co dało nam 100DH. Żeńskie hieny nie były zadowolone z takiego obrotu sprawy, ale proszę mi wybaczyć, aż tak cycki mnie nie kręcą ;) Kiedy udaliśmy się w stronę wyjścia, okazało się, że kantorów i hien jest znacznie więcej, ale już jakoś mniej łakną mięsa, a kurs okazał się niższy. Miałam ochotę się wrócić i zmasakrować buźkę ładnej pani, ale w końcu to Maroko- przywyknij do tego stara!

Hiena, źródło: dinoanimals.pl

Znów buchnęło gorącym powietrzem, koniec z odziewaniem się na cebulkę! Szybki skok w krzaki i jesteśmy gotowi do dalszej podróży. Lotnisko w Agadirze jest położone kilka kilometrów od czegokolwiek, więc siłą rzeczy musieliśmy skorzystać z jakiegoś transportu. Kierowcy taxi, widząc białego, nabierają piany w ustach i oferują się już z odległości kilkuset metrów. Cena za przewóz do Inezgane (mała miejscowość położona może z 10km od lotniska) to koszt 150DH wg ich „taryfikatora”, którego oczywiście nie mają, a cena rzucana jest na podstawie tego jak wyglądasz. Panom już podziękujemy. Ustawiliśmy się przy drodze, albo licząc na stopa, albo na autobus, który był ok. 10 razy tańszy niż taksówka. Znalazł się jednak człowiek, który chciał chociaż negocjować z nami cenę. Zaczął grubo, bo od 150DH. Trochę taktycznie, ale wycofaliśmy się, mówiąc, że to zdecydowanie za dużo. Kierowca jednak nie chciał popuścić, bo przecież jakąś stawkę ugra na pewno, która i tak się mu będzie opłacać. Coś angielskiego niby liznął, ale jak się potem okazało, to chyba nie do końca, bo stanęło na stawce 15DH za przejazd i pan się zgodził. Trochę zdziwieni, ale wsiadamy- z drugiej strony chociaż jakiś kurs machnie i na chleb zarobi. Czytaliśmy, że w Maroku to dla turystów wszyscy są mili, więc i pan z tego schematu nie wychodził. Był ciekaw, co nas tu sprowadza, a Dawid zaczął swoją przygodę z francuskim i opowiadał. Wszystko pięknie, ale męczyło mnie to 15DH… Mówię Dawidowi, że za szybko się kierowca zgodził i coś mi tu śmierdzi, więc wtrącam się do rozmowy i pokazuje panu, ile chcemy dać za przejazd.

- No, no… fifteen!
- It is fifteen, sir. That’s what you said.
- No, no… fifteen. Fifteen!

Mogliśmy tak się przerzucać gównem, aż w końcu pan wpadł na pomysł, żeby nam te kwotę zapisać. Okazało się, że skubany chciał od nas 50DH, ale najprawdopodobniej celowo powiedział fifteen zamiast fifty… Manipulacja, przebiegłość do perfekcji opanowane. Skubany jeden! Tłumaczę mu, że to jego wina, bo sam podał taką cenę, ale jeżeli ma z tym problem, to niech nas wysadzi. Pan nie ustępował, próbował zrobić z siebie biedaka, który ledwo ma pieniądze na wykarmienie rodziny, cały czas zaznaczając, że on chce to swoje „fifteen” za trasę. Dawid przeszedł od razu do konkretu… Mianowicie, że jak się koleś nie ogarnie, to wzywa policję i inaczej sobie porozmawiają. Słowo „policja” działa na Marokańczyków jak relanium. Jest to słowo, które leczy i wyjaśnia wszystko: kłótnie, bójki, nieporozumienia. Nagle z wilka, który wściekle ujadał, wyskoczyła owieczka. Spokojna, potulna, gotowa oddać cały swój dobytek, byleby nikogo nie wzywać i nie mieć kłopotów. Fakt, że pan ostatecznie wystawił nas w jakiejś małej miejscowości, przepraszając, że nie może dalej za te pieniądze, bo się nie opłaca. A no trudno, i tak żeśmy zajechali kawałek.

- To którędy do tego Inezgane? – pyta Dawid.
- A no mnie się wydaje, że pan był tak uprzejmy i przerażony, że jednak nas w tym Inezgane wystawił – stwierdzam, wskazując na tabliczkę z nazwą miejscowości.


Matko kochana, żeby przestraszyć człowieka do tego stopnia w nie swoim kraju, kto by to pomyślał :P Zaczęło się nam coraz bardziej podobać!

Te buty jeszcze nie wiedzą, ile przeżyją... Fota w Inezgane, w drodze do marketu :)


Witamy w Inezgane, w siatce wino z wolnocłówki za 4EUR

Za zaoszczędzone pieniądze szama za 4DH: świeży chleb i mięsne szaszłyki w marokańskich przyprawach. Niebo w gębie!



PS Zapraszam Was serdecznie na nasz fanpage https://www.facebook.com/Przekornie Na razie raczkuje, ale polubić można już dziś! :D Do tego tutaj możecie dowiedzieć się, z czego słynie region Ketamy: https://www.youtube.com/watch?v=y2u3UOGXlyQ W tej chwili jest to trailer, ale zapowiada się obiecująco ;) Do następnego!
Czytaj dalej...

Parlez-vous francais?

Maroko. Afryka.

Inny kontynent. Inne wszystko.

Pomimo ekscytacji i ostatniej nieprzespanej nocy w domu, pojawił się też strach i, jak zwykle przed taką podróżą, mnóstwo prawdopodobnych ZŁYCH scenariuszy roiło się w głowie, które sprawiały, że włosy stają dęba. No jestem PANIKARA, i co mam z tym zrobić? ;-) Jednak grunt to DOBRE PRZYGOTOWANIE. Przygotowanie psychiczne, ale i też to oparte na kilku przewodnikach, mapkach i doświadczeniach innych z podróży. Przyznać muszę, że jest mnóstwo szaleńców, którzy decydują się na taki wyjazd, nie jesteśmy jedynymi, dlatego może warto pomyśleć, żeby dołączyć do tego zacnego grona :P

Każda podróż jest inna, wyjątkowa. Każda podróż to inne oczekiwania i przede wszystkim inne możliwości. Każda podróż wystawia nas na próbę, bada często granice wytrzymałości. Tak w skrócie po prostu sprawia, że POZNAJEMY SIEBIE. No bo czy można poznać siebie lepiej niż w ekstremalnych, nieprzewidywalnych sytuacjach? No nie ;) Przeważnie otulamy się tym, co dobrze nam znane. Wstajemy rano na uczelnię, czy wybywamy do pracy. Po południu wybieramy się z koleżanką na kawę do naszej ulubionej kawiarni, wieczorem zasiadamy przed książką, może z lampką wina, czy idziemy pobiegać na lepszy sen. Wszystko jest względnie POUKŁADANE.

Autostop wyklucza tę przewidywalność, ale jest to wdzięczny sposób podróżowania- daje naprawdę wiele w zamian. Może i nie można wszystkiego zaplanować, może i pijąc rano przegotowaną deszczówkę  nie wie się, gdzie spędzi się najbliższą noc, ale rekompensatą są ludzie, ich uprzejmość i otwartość na nowość, chęć pomocy zupełnie bezinteresownej, tylko po to, by Cię lepiej poznać, porozmawiać, dowiedzieć się czegoś nowego o innej kulturze. Takie doświadczenia zostają w głowie na zawsze, nierzadko utrzymuje się kontakt z poznanymi ludźmi, w końcu w dobie Internetu można WSZYSTKO ;) Z doświadczenia, które zdobyliśmy podczas tego wyjazdu jednym z wniosków było to, że warto zaplanować sobie początek podróży i  miejsce docelowe. Reszta zweryfikowała się sama i niewiele już miała wspólnego z tym, o czym rozmawialiśmy  przed wyjazdem :P Przestudiowaliśmy na mapie Parki Narodowe, szczyty gór, które chcielibyśmy zdobyć, w tym Jebel Toubkal z wysokością 4 167 m. n.p.m. Do tego wszystkiego jakieś okoliczne jeziora, cudów Marokańskich masa. Ile z tego było rzeczywiście tknięte naszymi białymi stópkami? A no na pewno mniej, niż było to założone, bo jak już mówiłam, tego typu wyjazdu NIE DA SIĘ zaplanować, chociaż czasem dysponowaliśmy ładnym, bo na zwiedzanie samego Maroka przeznaczyliśmy 17 dni.

Dziś krótko o źródełkach, z których możecie czerpać informacje nt. Maroka i kwestie językowe, przy najbliższych wpisach skupię się na tym, w jaki sposób do Maroka najlepiej dotrzeć, cóż za pieniądze się tam wydaje i jaka pora na podróżowanie jest najkorzystniejsza. Skrupulatnie liczyliśmy wszelkie koszty i naszym głównym założeniem było to, by wydać jak najmniej, ale dostać jak najwięcej za nasze piękne, Polskie, białe UŚMIECHY :D


Jak już wspomniałam wyżej, Maroko to INNE WSZYSTKO- inny kontynent, inna kultura, inni ludzie, zdrowe jedzenie i wyższe temperatury. Nie bez znaczenia są również niskie ceny, nawet jak dla nas, Polaków ;) Maroko to kraj, który się rozwija, i który pod wieloma względami już dogania Europę (północna część Maroka, w szczególności takie miasta jak Casablanca, Tangier, Rabat), ale jak na razie (i całe szczęście) widać, że większość tego kraju nie jest zepsuta zachodnim podejściem do życia i człowieka. Z racji tego, że tak wiele różnimy się od Marokańczyków na pierwszy rzut oka, przygotowania do wyjazdu opierały się na wynajdywaniu różnych artykułów i śledzenia wiadomości, wspieraniu się przewodnikami, ale także na podczytywaniu przeżytych już podróży innych osób. 

Informacji o Maroku można zaleźć wiele, ale też wiele z nich jest adresowanych głównie do turystów, którzy mają dużo pieniędzy i dużo ich wydają, wybierając zazwyczaj noclegi w drogich hotelach i wycieczki z równie drogimi przewodnikami. Oczywiście nie mnie oceniać  Wasze zawartości portfeli i co jest dla Was drogie, a co nie ;) My stawialiśmy na całkowite ograniczenie wydatków, więc omijaliśmy szerokim łukiem opinie biur podróży. Wracając do tematu, warto sobie przelecieć przewodnik, by zorientować się na atrakcje, które chcielibyście zobaczyć i zorientować się na podstawowe informacje dotyczące tego kraju. Warto wiedzieć, że w Maroku można zazwyczaj dogadać się po francusku, w bardziej turystycznych miastach nawet i po angielsku. Jeśli jednak Twoja nauka francuskiego skończyła się na gimnazjum czy liceum, odkurz sobie podstawowe zwroty związane z drogą, jedzeniem, lekarzem, napaściami itp. ;) Za fajny i tani przewodnik posłuży Wam Maroko Przewodnik Baedeker, wydawnictwo Daunpol za jedyne 19zł (w sklepie internetowym jest za 15zł), który jest dostępny m. in. w księgarniach Dedalus. Do przewodnika dołączona jest mapa samochodowa, względnie szczegółowa, która przetrwała całą podróż bez sklejania, i która ani razu nas nie zawiodła. Przewodnik jest mniej więcej formatu zeszytu, także do plecaka zmieści się w sam raz. Nie korzystałam z niego, ale nawet w środku można znaleźć słowniczek francuski z najbardziej przydatnymi zwrotami. Natomiast jeśli chodzi o praktykę, to absolutnym zwycięzcą był Dawid. Ograniczony zasób słów nie przeszkadzał mu w ogóle w komunikacji z innymi. Jego wewnętrzny słownik 30 francuskich słówek był w stanie podjąć rozmowę na temat religii, polityki, kuchni, czasu wolnego… Nie wiem, jak to robił, ale był WYBAWICIELEM, kiedy w gębie brakowało języka, a z zażenowaniem muszę przyznać, że brakowało go bardzo często ;) Inną sprawą jest to, że mężczyźni w naszym towarzystwie jednak bardziej woleli rozmawiać z Dawidem. W końcu ja jestem TYLKO kobietą :P Zdarzało się nawet, że pytano Dawida o to, czym JA się zajmuje na co dzień i do dnia dzisiejszego nie wiem, czy to wynikało z tego, że byłam mało rozmowna i myśleli, że nie rozumiem, co do mnie mówią, czy wynikało to z ich podejścia do kobiet w ogóle. Może dowiem się przy okazji kolejnej wyprawy ;) Co nie zostało dogadane po francusku i po angielsku, to zostało dogadane na migi- naprawdę, jest to uniwersalny język całego świata. Używanie tylko „języka migowego” na pewno nie przyniesie sukcesu w komunikacji, ale wymieszanie tego z pozostałymi językowymi umiejętnościami daje całkiem spore szanse. Ostatnim źródełkiem, z którego głównie Dawid czerpał, był język arabski. I wyprowadzę Was z błędu, gdyż Dawid języka się nie uczył. Dawid wskazywał wiele rzeczy swoją dużą rąsią i prosił, by mu powiedziano, jak to się ma po arabsku. Tym oto sposobem stworzyliśmy mini słowniczek arabski, gdzie chops to chleb, berret to czajnik,a babusz to ślimaczek (i wiele, wiele innych). Znajomość arabskiego przydatna była w dwóch sytuacjach: kiedy to biedny, wiejski Marokańczyk próbował nam pomóc, ale połączenie francuskiego i migowego nic nie dawało, bo te nasze i jego migi cholera jakoś niespecjalnie się pokrywały; druga sytuacja może trochę podobna, bo też podkreślała beznadziejne umiejętności językowe Marokańczyków, ale miała na celu rzecz ważną: pokazać, że my nie ignoranci, że my ciekawi ich świata, i że nie jesteśmy typowymi turystami z kasą, których można wycyckać. Jaki wniosek? A no przyznać muszę, że pomaga. Ci, co byli nierozmowni zaczęli się uśmiechać, otwierali się na nas, może trochę za bardzo, bo to, że znamy trzy słowa na krzyż nie oznacza, że z tego będzie żywa dyskusja :P Na pewno byli bardziej skorzy do pomocy, niektórzy nawet zaskoczeni, że białas z Europy też potrafi ;) We wspomnianym przeze mnie przewodniku jest również słownik arabski, zapis niby fonetyczny, ale powiem Wam szczerze, że jak zdarzało nam się z niego skorzystać, to niewiele osób rozumiało, o co nam chodzi… Także odpuściłabym sobie na przyszłość zmagania :P Dobrym pomysłem jest, by wziąć ze sobą w ogóle jakiś mini słowniczek francuski, czy rozmówki. Ja na przykład miałam obok siebie chodzący słownik (xD), ale w sytuacjach stresowych może się przydać i ten na papierze, a nie waży zbyt wiele ;) Marokańczycy w jakichś językach mówią. Zauważyliśmy pewne zależności, że kobiety w wieku od 30 lat i wyżej raczej komunikują się tylko po arabsku, za to mężczyźni w tym przedziale wiekowym mówią mniej lub bardziej po francusku. Młodzi, nastoletni ludzie przeważnie też potrafią się w tym języku komunikować, niektórzy zaskakiwali nas znajomością angielskiego, i to nie w tej turystycznej wersji. Osobom w wieku 70+ francuski o uszy może i się obił, ale próby dogadania się były zazwyczaj ciężkie. Taka próba klasyfikacji pewnie nie jest idealna, bo znajomość języków zależy od wielu czynników. Nie tylko tego wieku, ale również urodzenia i pewnie chęci do nauki. Kobiety z góry mają tam bardziej przerąbane :P Nie mniej jednak, z francuskim, angielskim i migowym można się dogadać. Do tego wielki uśmiech i Maroko jest Twoje :)

P.S. Dodać bym zapomniała, że nasz własny słownik arabski i bajerowanie nim Marokańczyków często skutkowało, że opuszczali nam cenę jedzenia, czy na przykład podwieźli nas dalej, niż to było przewidziane. A kiedy Dawid zakupił sobie ichniejszą, męską sukienkę, to już w ogóle był mylony z prawdziwym, rasowym Marokańczykiem. Naprawdę, nie wiem jak to możliwe :P

Dawid na bajerze, rozmowa po francusku, po arabsku, w zamian darmowa herbata, a potem Skubany jeszcze koktajl dostał!
Kolejna językowa bajera w Marokańskim tirze. Ja rozmawiałam przez telefon z obydwoma żonami pana po lewej, a Dawid miał przyjemność pogawędzić z jego tatą. 250 km zabawy i migających, kolorowych światełek tira :P

Oto jak zapamiętywano nowe słowa + fajny widok z kibla

Przyjaciel Dris, który pomimo swego uśmiechu i tego, że dobrze mu z oczy patrzy o rzeczy związane ze mną pytał Dawida. Mój nr telefonu też sobie zapisał i podpisał go: Monsieur Dawid :P
Przykład nowoczesnej kobiety, która wozi się autem, mówi płynnie po angielsku i nie boi się rozmawiać z ludźmi :) Odstąpiła nam wody do picia i proponowała podwózkę do Agadiru, z której skorzystaliśmy, ale z innym kierowcą znacznie później.
Prawdziwy Marokańczyk, pełna metamorfoza :)


Czytaj dalej...

Słowem wstępu

Mawiają, że podobno najtrudniej zacząć. Przełamuję więc lody i witam Was gorąco w miejscu, które będzie moją spowiednią z odbytych podróży. Będzie to miejsce, które przeniesie Was na chwilę z Polski do innych zakątków świata i stanie się inspiracją do doświadczenia tego na własnej skórze (a przynajmniej mam taką nadzieję) :-)
Blogowanie odkurzyłam po wielu latach, dlatego proszę o wyrozumiałość w każdym aspekcie. Podejmę wszelkie starania, żeby się jak najszybciej wdrożyć i żeby blog zaczął tętnić życiem :-D O czym będę pisać? A no tytuł zapewne coś już Wam powie, ale dokładniej będę wrzucać relacje z autostopowych podróży z moim chłopakiem  Dawidem. Perspektywa bloga będzie kobieca, chyba że Dawid będzie próbował się z czymś wtrącić, to może pozwolę, a może nie… ;-) Nie chcę jednak, by była to TYLKO sucha relacja. Właściwie pragnę połączyć to z mnóstwem pięknych zdjęć, dorzucić trochę humoru i przemycić własne, NASZE przemyślenia z wyjazdu.

Skąd pomysł na takie podróżowanie?

Nasza przygoda zaczęła się w 2014 roku, kiedy po raz pierwszy wzięliśmy udział w wyścigu ASR do Walencji. Nigdy wcześniej w ten sposób nie podróżowaliśmy, ale wizja poznania nowych ludzi, spania w mokrym namiocie i zajadania się bagietką z pasztetem przy każdym posiłku skutecznie nas zachęciła do działania. Wspominać nie muszę o tym, że lubimy ciepełko, a Hiszpania to kraj idealny dla ciepłolubnych ;) Od tamtej pory odwiedziliśmy Hiszpanię drugi raz, a w kwietniu tego roku zdobyliśmy się na przejazd autostopem po MAROKU! I od tego też rozpocznie się cała opowieść…
…Już niedługo, już za chwilę! Pozwólcie mi tylko to wszystko trochę poogarniać :D

Jeśli już pojawiają się pytania, proszę zostawiać je w komentarzach. Dla bardziej śmiałych i ciekawskich odsyłam do maila podrozysmak@gmail.com.

Na zaostrzenie apetytu :) Legzira, miejsce, w którym czas stanął.

Czytaj dalej...
Smak na podróż © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka