Kulinarne podróże...

Po raz kolejny odpuszczam historię na rzecz kontynuowania wątku kulinarnego. Nie odświeżę jednak zapisków następnym przepisem na marokańskie danie. Inspirowana prezentem- książką o podróżach i jedzeniu pt. „Cztery strony smaku”, skłoniłam się do refleksji, że to nie smak „talerza” mówi o jego wyjątkowości, a smak tego co nas otacza… w jakich okolicznościach się znajdujemy i z kim. Czy marokański tajin smakowałby tak samo podany w polskiej restauracji? Nie sądzę.

Najmilej wspominam posiłki spędzone w gronie wspaniałej, ciepłej marokańskiej rodziny, która traktowała nas jak gości honorowych. Śniadanie było ucztą dla wielu zmysłów. Stół był suto zastawiony świeżym, pachnącym pieczywem, na uboczu stał przygotowany gorący termos z kawą lub tradycyjnie zaparzona marokańska herbata z cukrem. Nie mogło zabraknąć prawdziwej oliwy z oliwek, sadzonych jajek z aromatycznymi przyprawami… Jednak to ludzie czynili ten posiłek wyjątkowym. Pełni serdeczności pragnęli, byśmy byli najedzeni i zadowoleni. Ten posiłek po prostu jednoczył. Nie było miejsca na spory, niedopowiedzenia, a przy tym wszystko smakowało inaczej- intensywniej i zdrowiej.

Słodka kolacja, stół zastawiony naleśnikami, ciastkami, miodem i smarowidłem, które nie do końca mi podeszło ;)

Marokańska kefta, czyli pulpeciki z warzywami we własnym sosie, oliwki i gotowana papryka

Kuskus, jagnięcina i gotowane warzywa, do tego coś w rodzaju naszej maślanki ;)

Oto jak jadaliśmy posiłki u naszej rodzinki. Pozdrowienia!


Na co dzień ludzie za czymś gonią, posiłek nie ma większego znaczenia. Kupuje się na szybko kanapkę, zagląda do baru za obiadem, ale to niestety nie smakuje tak, jak smakują posiłki w podróży, poznając nowych ludzi, nowe miejsca, nie spiesząc się nigdzie… W podróży docenia się okoliczności, docenia się widoki, docenia się to, że czas stoi w miejscu, że można się cieszyć chwilą.
Ciekawy klimat miało również spożywanie posiłków na lokalnych soukach. Nie odstraszał nas fakt, że za 1zł można było zjeść kanapkę od pana, który kawałek dalej wyrzucał śmieci, a jego stoisko do najczystszych nie należało. Wszyscy Marokańczycy tam jedli, nikt nie chorował. Chcieliśmy być jak najbliżej lokalnej społeczności, za co byliśmy doceniani i chwaleni. Pomimo bariery językowej, można było wyczuć ciepło i znów serdeczność. A zakupione świeże bułeczki z przyprawionym mięskiem/rybą i ostrym sosem pamiętam do dziś- były rewelacyjne i nie do podrobienia. Co lepsze, w towarzystwie panów sprzedawców można było opchnąć i ze trzy, a człowiek nadal był głodny ;-) Takich stoisk tam pełno, a oczu, które były zdziwione, że się w ten sposób stołujemy było nie mało.

Nasze pierwsze budkowe, nocne jedzenie. Smakowało tym bardziej, że byliśmy bardzo głodni :)

Tradycyjna herbata z cukrem i miętą przy okazji posiłku

Ryby zakupione przez nas, wypatroszone na innym stoisku, a przy jeszcze innym przyrządzone :)

Mix owoców morza w lokalnej knajpce, najlepsza była czerwona pasta- harissa. Przepis notkę niżej :P

Warzywny tajin po kilku godzinach spaceru nawet smakował mięsem :P


Wyobrażacie sobie, że surowa papryka może smakować bardziej wyjątkowo niż na co dzień? Albo pomidor? Umówmy się, że w Maroku na pewno warzywa i owoce mają więcej smaku niż nasze polskie po sezonie, ale nie w tym rzecz. Tam smakowało to inaczej, bo było dane od serca. Smakowało inaczej, bo mogliśmy z panem, który nam całą siatę podarował, wypić herbatę. I owszem, głównie porozumiewaliśmy się migi, ale pan miał dobre serducho i był nas ciekawy. Z tej siatki zapamiętam chyba najbardziej melona, który był już przejrzały i miękki. Smak nie do opisania, jakby w jednej połówce było z 10 łyżeczek cukru- był soczysty, przepyszny!

Mogę wybrać się do restauracji na dobry obiad, ale to już jest inne doświadczenie. Skupiam się na talerzu. Mogę poznać nowe smaki, z pewnością ciekawe, ale nie wiem, czy zapamiętam to wydarzenie na dłużej. Najwspanialej jest podróżować i jeść, łączyć te dwie rzeczy! Człowiek się nie tylko rozwija kulinarnie, ale i duchowo. Polecam lekturę „Czterech stron smaku”, mam nadzieję, że poszerzy perspektywy i jedzenie nie będzie dla Was tylko paliwem ;-)


Czytaj dalej...

Kulinarnie. Smak na... Harissę!

Nie tylko historiami i anegdotami człowiek żyje. Będąc w Maroku równie istotnym dla mnie elementem poznawczym była marokańska kuchnia. Kilka tradycyjnych potraw spróbowałam, będąc w lokalnych zatęchłych budach, zwyczajnych knajpach, kończąc w domach Marokańczyków, gdzie jedzenie było najprawdziwsze z prawdziwych.

Jestem bardzo otwarta na nowe smaki i kuchnia marokańska niewątpliwie wyróżnia się bogactwem przypraw, zdrową żywnością i zdrowym podejściem do tejże. Dla mnie to czysta egzotyka, którą z przyjemnością wprowadziłabym na co dzień do swojej, skromnej kuchni.
W związku z tym, że temat jedzenia ogólnie nie jest mi obcy i mogłabym o tym rozmawiać dzień i noc, postanowiłam wprowadzić na bloga taki kulinarny kącik, gdzie od czasu do czasu będę dzielić się poznanymi tam smakami :-)

Wydawać by się mogło, że zacznę skromnie, od rzeczy małej… Kto jednak powiedział, że małe nie ma mocy? Niewątpliwie to, co zaraz zdradzę moc MA i niejeden, który zdecyduje się na ten dodatek dostanie po nim wypieków na twarzy…
…Dziś mowa o paście zwanej Harissą. Pasta ta znana jest przede wszystkim w Tunezji, ale w końcu Maroko i Tunezja tak daleko od siebie nie są, więc będąc w Maroku też często można się na nią natknąć.

Harissa to eksplozja smaków, które uwalniają się jeden po drugim. Najbardziej charakterystyczny jest smak limonki i chilli, ale wyczuwalne są również aromaty kolendry, czosnku i kminu rzymskiego. Nadaje się ona przede wszystkim do dań mięsnych, ale kto zabroni dodać ją do ziemniaków, czy nawet naszych polskich pierogów? :P Smaki te, jak i konsystencję dopasowuje się do własnych potrzeb. Ja lubię bardzo na kwaśno, ostro i jak mi się nic nie rozlatuje. Poniżej przedstawiam własny przepis na harissę, a modyfikować i szaleć możecie, jak Wam się podoba :)

- 22 papryczki chilli
- 3 ząbki czosnku
- 1 cytryna
- 1 łyżeczka soli
- 1 łyżka nasion kolendry
- 1 łyżka kuminu rzymskiego
- 1 łyżka mielonej słodkiej papryki
- 3-4 łyżki oliwy z oliwek
- 1 łyżeczka miodu
- 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego

Chilli należy rozmoczyć w ciepłej wodzie na ok. 30 minut, a następnie wypestkować. W jednym naczyniu łączymy przygotowane papryczki, obrane i pokrojone drobniej ząbki czosnku, sól i sok z cytryny. Do rozdrabniania polecam blender albo mikser, pracujemy nim aż się nam wszystko zagęści. Dodajemy powoli kolendrę, kumin, słodką paprykę, miód i koncentrat, dalej miksując. Oliwa ma nadać konsystencji paście, więc wszystko zależy od waszych upodobań. Sama oliwa wpływa też na ostrość, im więcej jej dodacie, tym łagodniejsza wyjdzie pasta.
Gotową harissę najlepiej schować do lodówki i koło miesiąca możecie się nią cieszyć, o ile nie wciągniecie jej wcześniej :D


Oto wynik moich wczorajszych starań:

Harissa

Mam nadzieję, że skorzystacie z tego przepisu, zamiast po raz kolejny dorzucać do mięcha ketchup czy musztardę, bo z pewnością ta pasta nada Waszym posiłkom nowego, wyjątkowego smaku :)
Czytaj dalej...

Pod łukami Legziry z jedną nogą w sikach.

Na wstępie przepraszam Was i dziękuję za cierpliwość. Długo nie pisałam, trochę ze względu na brak weny, trochę ze względu na naszą kolejną wyprawę, ale odczułam dziś te pokłady słów zalegające głęboko... gdzieś... i oto powstał tasiemiec z uroczymi zdjęciami :) Do rzeczy!

Po przygodach z dziadkiem, który może, nastał czas na odpoczynek w bardziej odosobnionym miejscu.

Z Sidi Ifni już niedaleko było do Legziry znanej przede wszystkim z pięknych widoków na Ocean i na rozgrzane do czerwoności skalne łuki, które są główną pozycją wszystkich przewodników dot. tego właśnie miejsca.

Dotarcie okazało się niesamowicie proste. Między większymi miastami kursują grand taxi i zatrzymują się, rzecz jasna, na zawołanie. Niespecjalnie wierzyliśmy w powodzenie akcji, by szanowny pan kierowca zabrał nas za darmo, ale bez ryzyka nie ma zabawy. Po raz kolejny kilka słów z arabskiego uratowało nam dupska, bo wydukanie z siebie czegoś w stylu mandysz flus (nie mam pieniędzy) poskutkowało otwarciem bagażnika i darmową podwózką nad same łuki.
Dziękujemy Ci dobry człowieku!

Przyznać muszę, że czegoś tak pięknego w życiu nie było dane mi widzieć. Stałam w miejscu jak wryta tudzież poryta i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko widzę, czuję i dotykam. Cały ciężar gdzieś zniknął, czułam się jak we śnie. Dobrze, że nie przyszło mi sprawdzać, czy to rzeczywiście sen, czy jawa, a pokusa była ogromna, bo te sny, gdzie człowiek się unosi nad ziemią, lata były/są snami najpiękniejszymi. Sami zapewne znacie to uczucie ;) Gdybym jednak dostała małpiego rozumu, trzeba byłoby mnie zeskrobywać z klifu, krzaka, czy innego kamienia. Na szczęście jestem i Wam trochę pokażę!

Nie widać, ale płakałam :P

Nie myślcie, że pogoda nieudana. Legzira koło godziny 10.00. Potem wyszło słońce ;)

Niezły zaciesz ;)

Zajechaliśmy na chwilę, a zostaliśmy na cały dzień... jak zwykle. Nie ma jednak czego żałować! Może poza jednym. Wyjątkiem były niedożywione, błąkające się psy. W dodatku zapchlone i brudne, w oczach miały smutek. Wykopywały sobie głębsze dziury w piasku, by się ochłodzić, niektóre wręcz zadrapywały się do krwi. Pogoda raczej im nie sprzyjała. W południe robiło się już naprawdę gorąco, idealne temperatury dla wszelkiego robactwa. Z jakichś przyczyn leżały blisko nas...
Może to nasz urok, a może brak prysznica? ;)

Prawie wdepnął w klocka, ale jeszcze o tym nie wie ;)



Ludu się zebrało, ale i tak mniej niż nad naszym polskim morzem :P Parawanów nie było ;)

O! Sławny łuk :)

Po kilku godzinach wylegiwania się na słońcu, spisywania pamiętnika i spacerów od brzegu do brzegu nastał czas, by poznać kolejnych miłych Marokańczyków. Swoją drogą, dalej zdumiewa mnie ich otwartość i gotowość do długofalowej pomocy, w zamian za nr telefonu i uśmiech :D

Spotkaliśmy grupę chłopaków w wieku 25-30, którzy na co dzień mieszkali w większych miastach i przyjechali się odchamić nad wodę. Ich główną rozrywką podczas weekendowego pobytu było granie w karty i palenie tradycyjnej marokańskiej fajki zwanej sipsi. Osobiście nie próbowałam, bo kobiecie nie wypada, Dawid za to chętnie z tego pykał, ale nie stwierdził, by było to jakieś nadzwyczajne doświadczenie. Przy okazji kolejnych stopów niektórzy kierowcy również chwalili się takimi fajkami, ale nie wiedzieć czemu, dorabiali sobie ideologie, że tą fajką niespecjalnie można się dzielić z innymi. Chłopaki nie miały z tym problemu, ale może to kwestia podejścia ;)

Próba wybrania optymalnej drogi, z uwzględnieniem ciekawych miejsc.

Sipsi w rękach Dawida, gościu z tyłu pocieszny :D


I tak od słowa do słowa zostaliśmy zaproszeni na obiad do wynajętego domku niedaleko wybrzeża. A ponieważ pora obiadowa się zbliżała, a ja byłam głodna jak wilk, to jak najbardziej na tę propozycję przystałam. Całe szczęście, że posiłek był już na gazie, bo Marokańczycy w zwyczaju mają gotować zdrowo, ale również trochę długo...

Pierwsze wrażenie z mieszkania?
Przytulne, minimalistycznie urządzone, bardzo w ich stylu. Do ścian dostawione coś w rodzaju puf z poduszkami, same ściany pomalowane na fioletowo, duży drewniany stół na środku  pokoju i gromadka cieszących się facetów naokoło. Czułam się tam trochę nieswojo, bo towarzystwo było wyłącznie męskie. Miałam nawet wrażenie, że tam nie pasuje, czy nawet przeszkadzam, ale przecież nie odpuszczę obiadu do jasnej cholery. Mężczyźni podzielili się na tych, którzy grali w karty i na tych, którzy próbowali porozmawiać z Dawidem. Ja byłam taka trochę niewidzialna. Właściwie to od razu mi się przypomniała wcześniejsza historia z Drissem, który z uśmiechem traktował mnie jak maskotkę Dawida, trochę jak niemowę lub upośledzoną, ale przywykłam :P

Na stół oczywiście wjechał wielki talerz jedzenia. Wielbiciele Maca i KFC mogą sobie odpuścić ten akapit, bo będzie za zdrowo ;) Talerz przepełniony był gotowanymi warzywami i duszonym mięsem (najprawdopodobniej jagnięciną). Wszystko oddawało swój własny zapach, a przecież jak wiadomo, Marokańczycy są mistrzami w doprawianiu. Nie brakowało tam kuminu, papryki czy kurkumy. Chleb maczało się w sosie, który powstał z gotowania, a przy tym panowała naprawdę miła, rodzinna atmosfera. Coś w tym jest, że posiłki jednoczą ludzi ;) Po obiedzie znów byłam trochę upośledzona :P

Bez problemu jednak się nie obyło... Musiałam skorzystać z toalety, bo pęcherz rządzi, tak samo jak dupa. Posłuchałam się go i poszłam do łazienki.

Cyk, cyk. Próbuję włączyć światło... i nic. Myślę sobie, że to nie jest problem. Sikało się po ciemku w krzakach to i tutaj kibel znajdę.
Plask, plask. "Co jest kurde mol?" Wchodzę stopą w coś mokrego. W ciemnościach egipskich widzę, że wanna cała upier***** od piasku i wypełniona jakąś butlą. Ekhm, zapewne to butla, która służyła poprzedniego wieczoru do najarania się. Rozumiem. Widzę, że koło wanny stoi jakiś kibel, a w kiblu różne rzeczy pływają...
O nie! W tył zwrot... "Zaraz, zaraz, to w co ja wdepnęłam? Czy to woda, czy to szczochy?" Nie pozwoliłam sobie myśleć za długo, po prostu wyszłam i czekałam ze skrzyżowanymi nogami na okazję. Okazję do wyjścia.

Może określenie wobec Marokańczów, że faceci to świnie nie jest do końca na miejscu, ale na pewno na miejscu jest określenie fleje i brudasy. Chociaż nie, brudasy też nie. Zostańmy przy flejach, przekaz jest jasny.

Wiem, wiem, zaraz będzie pojazd, że dziewczyny są gorsze, nie generalizuj, itd. Żeby nie było, dodam też, że i baby to fleje ;)

Pan w białym trochę za dużo wypalił ;)

Pożegnalne zdjęcie, kapelusznik najstarszy z rodziny.


Na szczęście nie kazali nam długo czekać, bo nastał dla nich koniec weekendu i każdy zbierał się do wyjazdu. I co teraz? Gdzie my pojadym?
Nie pozwolili się nam tym długo martwić, Marokańczyk kazał nam wsiadać do fury, zawiózł nas z powrotem do Sidi Ifni i zafundował noc w hostelu, ładując w nas pyszne kanapki z rybą i napoje.

Wniosek jest taki, że jak już się pozna ludzi, to nie dadzą Ci umrzeć z głodu, czy z zimna. Są lepsi niż ciotki i wujki razem wzięci, serio. Wspominam ten dzień i wieczór z łezką w oku. Te kanapki naprawdę były pyszne...

Gdzieś pod łukami :)

Czytaj dalej...

Stary człowiek i może...

W odruchach swoich ludzkich dość normalnym zjawiskiem było, że widok starszego pana mnie rozczulał. Może nie do końca KAŻDEGO starszego pana. Rozczulał mnie widok dziadka (tutaj po prostu starsza osoba), którego twarz mówiła, że wiele w życiu przeżył. Rozczulał mnie widok dziadka, któremu do przeżuwania jedzenia zostały dwa zęby. I rozczulał mnie widok dziadka, który mimo trudów życia potrafił się szczerze uśmiechnąć i powiedzieć, że żyje się mu dobrze.

Rozczulał, bo już nie rozczula.

Potraficie sobie wyobrazić chudego jak szczypior pana w wieku 80+, który w gruncie rzeczy ledwo stoi na nogach, a po głowie chodzi mu jedno? Ja sądziłam, że po pewnym okresie życia wszelkie zachcianki i myśli o mizianiu wyparowują z mózgownicy. Przekonałam się jednak, że nie. I to przy okazji wizyty w marokańskiej mieścinie Sidi Ifni. Co więcej, razem z moim body guardem!
Otwartość Marokańczyków na początku mnie zadziwiała. Nawet mężczyźni w stosunku do siebie wymieniali całusy, łapali się za ręce. Normalna rzecz, przecież kobiety też w ten sposób funkcjonują. Dlatego wszelkie przejawy otwartości wobec mnie, np. całus, poklepanie po ramieniu, przytulenie, traktowałam jako coś miłego i że oni tak po prostu mają. I na czymś takim można relacje budować, gorzej, jeśli dziadek ‘ledwo widzę i stoję’ uśmiecha się, ukazując swoje dwa czarne zęby i jednocześnie maca mnie po tyłku. Wyobrażacie sobie? W pierwszej chwili włączyłam wszystkie swoje procesy myślowe. Dać po łapach, dać się obmacać, czy może grzeczniej jakoś? Postanowiłam rękę odtrącić, pokazać, że nie wolno i się głupio uśmiechnąć. Nieważne, czy dziadek znał jakikolwiek inny język niż arabski, bo ten, w którym dostał komunikat, jest dość uniwersalny i można jasno zrozumieć przekaz.

Jak możecie się domyślić, po lewej dziadek Hussein ściśle kontrolujący, czy mi się dobrze śpi :P

Skądże… Dawid w najlepsze siedzi naprzeciwko mnie, ale dziadek niezrażony i znowu wykorzystuje okazje do przytulenia i pomasowania plecków. Nie wiem, co to panu dało, bo i chyba sprzęt nie działa już tak jak powinien, ale widać, że nie daje za wygraną. Nawet powołanie się Dawida na mojego brata i zagrożenie, że Allah patrzy i Allah ukarze sprawdziło się częściowo, bo dziadek dał sobie spokój na noc, ale rano przy śniadaniu ręce znów powędrowały w dół moich pleców. Poważnie, kolejna podróż odbędzie się z paralizatorem albo dmuchaną lalką, może i dziadka takie rozwiązanie zadowoli. Bo czego dziadkowi nie można odmówić, to na pewno uporu. Gdybyśmy zostali na dłużej, pewnie by palił głupa dalej, na szczęście po śniadaniu odmaszerowaliśmy, zostawiając pana samego z jego zapewne obrzydliwymi fantazjami :-]

Niesmak niestety pozostał, bo dziadziuś miał rozczulić, a zamiast tego po prostu mnie wkur*** :P

Wnętrze namiotu, w którym spędziliśmy noc wraz z podekscytowanym dziadkiem :P

Zdjęcie namiotu z zewnątrz po ucieczce od niezaspokojonego dziadka Husseina :P


Przypominam, że jeśli macie jakieś pytania, to śmiało możecie pisać w komentarzach lub wbijajcie na fanpage https://www.facebook.com/Przekornie?fref=ts :)

Jeśli chcecie zaś zobaczyć na własne oczy krótką relację z wizyty w namiocie z dziadkiem Husseinem, to zapraszam na https://www.youtube.com/watch?v=f5bZxJfp47s Akcja właściwa od 3:45 do 4:40 :-)
Czytaj dalej...

Gotuj z bezdomnym- majoun z czekoladą!

Autobus miejski pozostawia po sobie ślad spalin, a my lądujemy w Agadirze.
W środku Agadiru.
W samym centrum turystycznym Agadiru.

Świeeeeetnie… Godziny nie pomnę, ale słońce już skończyło swą pracę, więc można było śmiało wywnioskować, że i późno się robi. Czułam się jak w Sopocie, czy innych nadmorskich mieścinach, bo neony, migające światełka, szeroko otwarte restauracje, które zachęcały muzyką, krzyczały wręcz by wskoczyć i wydać ze 20 euro na kolację dla jednej osoby. Wszystkie sygnały z nieba mówiły nam, że życie zaczyna tętnić wieczorem, więc ochoczo podjęliśmy próbę… spierdzielenia stamtąd jak najdalej! Byle za miasto, a jak nie za miasto, to tam, gdzie nas te cholerne neonki nie dosięgną… i wredne, nachalne dzieciaki, które od turystów nauczone są dostawać aparaty fotograficzne, bo bez skrępowania i z pianą w ustach życzą sobie drogi sprzęt zamiast 5DH na jakieś słodycze. No kto to widział ;)

Ruszyliśmy przed siebie, byle iść, bo na jakikolwiek inny autobus nie mogliśmy liczyć, a i taxi w mieście to drożyzna, więc z uporem maniaka i winem za 4 Euro próbujemy przelecieć ten Agadir, ale jakby końca nie widać, a nogi coraz bardziej wchodzą w cztery litery. Nie wiem, jak mogliśmy być tak naiwni, że po tylu godzinach lotu, przeprawach z taksówkarzem i przechadzce po Inezgane jeszcze będziemy mieć siły, żeby przeprawić się przez gigantyczne miasto. I nawet nie senność była najgorsza, tylko właśnie to, że nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Chciałam nawet skorzystać z możliwości przycupnięcia na pierwszy lepszy murek, żeby odpocząć, to okazało się, że murek chyba ze złota i żaden gołąb ani obdartus siadać tam nie mogą, bo straż zareagowała od razu i w poważaniu moje zmęczone nogi miała. Nie usprawiedliwię nawet tego, że murek, na który chciałam usiąść, był częścią rezydencji króla, która strzeżona była z każdej strony i założę się, że pierdnięcie na ogródek też byłoby surowo ukarane.

No ale nic to, obeszliśmy teren i oczom naszym ukazały się jakieś krzaczorki. Klimat jak z horroru, bo ciemno, cicho i brudno, ale wino z siatki krzyczało, a i ja byłam gotowa w tych krzakach się po prostu przespać. Zaczęliśmy uwijać sobie swoje gniazdko, skombinowaliśmy kamienie do podparcia tyłka, Dawid zaczął rozglądać się za czymś, co przypomina korkociąg, a wtem… z  ulicy wyłania się gość, którego wzięłam od razu za jakiegoś narkomana, naciągacza, czy co kto woli, ale zdania dobrego na pewno o nim nie miałam. Tak się złożyło, że ów nieznajomy zaciekawił się dwójką nietypowych osobników, bo od razu zaczął rozmowę po francusku i na szczęście nie zapytał, czy chcemy jedną, czy dwie kulki w łeb, a czy wszystko tu w porządku i czy spokój względny panuje. Wtedy jeszcze nie mogłam wiedzieć, jak wspaniałą przygodę przeżyjemy i raczej każdemu zapaliłaby się czerwona lampka nad głową, by trzymać się od gościa z daleka, ale tak się złożyło, żeśmy przyjęli zaproszenie do „mieszkania”.

Stop w krzakach i próba otwarcia wina :)

Czas przemyśleć, które krzaki na noc wybrać...
I tu pojawia się kolejny absurd, bo wyginamy śmiało ciało przez chaszcze, zastanawiając się, na jakim zadupiu można mieć TO mieszkanie, ale wyłania nam się w ciemnościach egipskich jakaś chatka, która na pierwszy rzut oka jest konstrukcją z kijków i liści palmowych przetkanych przez te kijki. Za drzwi robi prześcieradło, a w środku po prostu rezydencja letnia Aimeda (imię nowo poznanego). Myślę sobie, że może jest tak ciemno, że ja tych betonowych ścian nie widzę, a drzwi się zdematerializowały i jak przyjdzie nam się obudzić rano, to jednak będę czuć się jak w rezydencji letniej króla ;) Jednak rano okazało się, że to nadal rezydencja letnia Aimeda, a spanie pod gołym niebem z kociakami było jedną z lepszych decyzji, jaką podjęliśmy podczas tego krótkiego wyjazdu. Wieczór zapowiadał się długi, a nie przesadzę, jeśli napiszę, że byliśmy traktowani przez Aimeda po królewsku. Kazał nam usiąść na czymś, co przypominało materac okryty kocem, na którym to bawiły się kociaki. W tym czasie Aimed zaczął parzyć wodę na herbatę i nieśmiało zagadywał, skąd jesteśmy i co my tu robimy. Dla klimatu odpalił świeczki i spożyliśmy winiacza grając w karty. Zaskoczyło mnie, że kiedy egipskie ciemności ustąpiły, to ukazało się nam „pomieszczenie”, w którym może i było sporo gratów, ale kącik do spania Aimeda był czysty i uporządkowany. Wbrew pozorom wszystko miało swoje miejsce i czułam się tam komfortowo. Noc była naprawdę ciepła, kociaki w końcu usnęły,  a nam nie pozostało nic innego jak skorzystać z zaproszenia i również przenocować.

Jeden z najbardziej uroczych kociaków Aimeda

Wejście do "chatki" i część gratów
Spooky klimat, dziecięcy parasolek

Część kuchenna chaty



Wrażeń tego wieczora nam nie brakowało, ale tak naprawdę zabawa dopiero się zaczęła. Z samego rana Aimed skądś wykombinował pieczywo i serki, ale zapowiedział również grubą lekcję kultury marokańskiej. Co to znaczy? A no znaczy to, że zechciał zaserwować nam na drugie śniadanie marokański majoun. Myślę sobie „jakieś ciasto lub babeczka”, ale miało być to o wiele mniej smaczne doświadczenie. Za to kopiące w głowę…
Majoun można nazwać swojego rodzaju daniem, który w wersji Aimeda składał się z oliwy, wody, czekoladowych batoników, no i najważniejszego składnika, jakim była marihuana. Roślina z łodygami i liśćmi lądowała do gara przeznaczonego do gotowania tajinu (marokańskiej potrawy), zalewało się to odrobiną wody oraz oleju i gotowało przez dobrą godzinę. Przyznać muszę, że zapach był przyjemny dla nosa, chociaż dla oka nie wyglądało to ciekawie – brązowo-zielona ciapa. Następnie odsączało się liście i rozkruszało czekoladę do ciemnozielonej cieczy. Nadal nie wyglądało dobrze, a i jak się okazało w smaku dziadostwo było tak intensywne, że ledwo przechodziło przez przełyk. Miałam wrażenie, jakby ktoś do gardła wrzucił mi naraz popielniczkę petów, ale Dawid się zajadał… On w końcu przełknie wszystko ;-) Udało mi się skonsumować dwie łyżeczki i to chyba dlatego, żeby nie zrobić przykrości gospodarzowi. Po majounie Aimed zaproponował również zapalenie shishy, którą odkopał i odkurzył ze stosu gratów. Nie chcę nawet wiedzieć, przez kogo była palona i jakie bakterie się tam znajdowały, tym bardziej, że gospodarz krążył dziwnie wokół chatki w poszukiwaniu aromatu do tej shishy. Nie pytajcie, skąd go wziął, bo prawdopodobnie z kosza... Wrażenia smakowe po raz kolejny nie moje, chyba nie bawią mnie takie rzeczy :P Nie mniej jednak jestem bogatsza w doświadczenie, wiem, że nie powtórzę :P

W oczekiwaniu na majoun, dziennik Aimeda koło mojego plecaka

Gospodarz we własnej osobie :)

Aimed pochwalił się również swoim starym dziennikiem. Dla mnie był to zbiór nic nieznaczących obrazków powklejanych przypadkowo. Z początku nie mogłam doczytać się sensu, bo właściwie nie było w nim nic zapisane, ale Aimed skrupulatnie, strona po stronie, zaczął tłumaczyć nam, co te ilustracje oznaczają. Przedstawił nam historię swojego życia, jego ciężkiej przeszłości, teraźniejszości, jego pragnień i marzeń, jak wyobraża sobie swoje życie za jakiś czas. Byłam kompletnie zaskoczona tym, jak ten człowiek ma poukładane w głowie, że ma cele w życiu i marzenia, że mimo tego, gdzie mieszka, nie poddaje się. Do tej pory obraz bezdomnego w mojej głowie jawił się w niekorzystnym świetle, ale po nocy spędzonej u Aimeda zmieniłam zdanie, całkowicie. Ten człowiek oddałby nam wszystko co miał (notabene, dostałam od niego kilka souvenirów), codziennie stawiał sobie cele, codziennie marzył i miał nadzieję, że z tego wyjdzie. Nie załamywał się. Gdyby nie to, że czas nas bardzo gonił, pewnie zostalibyśmy z nim dłużej.

Pożegnanie z kotkami

Wyruszyliśmy przed siebie ze łzami wzruszenia w oczach, a poznaliśmy człowieka raptem kilkanaście godzin wcześniej. O godzinie 17 opuściliśmy jego szałas, by złapać coś na południe. Doświadczenie jedno na milion, nie do opisania słowami, pomimo że nasz ojczysty jest raczej bogatym językiem. Przez jakiś czas odczuwaliśmy jeszcze pustkę i smutek  w oczach Aimeda, kiedy mówiliśmy, że musimy już iść, był największym ciosem, jaki mógł zadać. Wierzyliśmy głęboko w to, że w drodze powrotnej do niego zajrzymy. Niestety, nie udało się.

Wspólne selfie :)
PS Efekty majounu pojawiły się z opóźnieniem. Nie zjadłam go wiele, ale wystarczyło, by zakręciło się w głowie na jakiś czas. Do tego palące słońce, mało wody, mało jedzenia i karuzela murowana :D Żeby Wam bardziej zobrazować, czym ten majoun jest zapraszam do obejrzenia: https://www.youtube.com/watch?v=vHzCokIXviY i dalszej części https://www.youtube.com/watch?v=3N3TJyF1AX0  :-)





Czytaj dalej...
Smak na podróż © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka